niedziela, 7 grudnia 2014

Gość na sofie: Tom Harvey The Death of Klinghoffer – November 15th, 2014



 Photo: Metropolitan Opera
Gabriela i Tom Harveyowie z Nowego Jorku są miłośnikami opery. Podzielili się swoimi wrażeniami z ostatnio widzianych przedstawień (wersja angielska i tłumaczenie na język polski poniżej) 
Tom Harvey:
When the curtain rang down the crowd went crazy, standing OHs and thunderous applause. That's how happy we all were that the thing was over.

I can't believe it took only three hours. When we left the matinee, I was surprised to see daylight, feared it was the next day. Bada-bing![1]

Don't want a refund, I know there are expenses, but I would like three hours of my life back...

I think Adams forgot to write an opera and came up with a play instead. So he just told the cast to sing the words. There is no score, just a flat line on the ekg. Not exactly "bel canto." Willie Nelson could have written better music. The Klinghoffers had the day off, there was so little singing from them. I hope we paid them by the note.

Ditto for the libretto. I know they are always weird, but: "I would spit on you but I am dry. I have no tears and no spit"?! What?!? 

The historical sidebars and footnotes were the most entertaining part of the piece.

Admittedly, there were some "accidents," even a blind chicken finds corn sometimes:

-      The male dancer was fabulous, as was the dance-team he led to close Act I. When he finally pulled the trigger, I prayed the end was nigh, but nooo...

-      There were also some good voices (no good singing, need notes for that).

-      The two captains, worthy rivals, mano a mano[2], but mixed martial arts would have been more authentic

-      The showgirl was terrific.

The jihad virgin was just awful, not attractive.

 I had to go, to say I'd seen it. But I think one needs to be really smart or equally stupid to like it, quess I'm a 'tweener," [3]no problem.

Thinking of that random couple from, let's say Iowa, in town for the first time, who said : "Hey, let's try an opera when we're in NY..." and got whacked by this thing. Gawd!

Just take me back past 1926...




 Photo: Metropolitan Opera
Śmierć Klinghoffera – 15.11.2014 MET

Gdy opadła kurtyna tłum oszalał, stojąc i bijąc gromkie brawa. W ten sposób wszyscy okazali, jak są szczęśliwi, że to się już skończyło.
Nie mogę uwierzyć, że przedstawienie  trwało tylko trzy godziny. Kiedy wyszliśmy, byłem zaskoczony, że zobaczyłem światło dzienne, bo obawiałem się, że mamy już następny dzień. Voila!
Nie domagam się zwrotu pieniędzy, wiem, że były koszty, ale chciałbym z powrotem trzy godziny mojego życia...
Myślę, że Adams zapomniał jak się pisze operę i wymyślił zamiast tego sztukę. Kazał po prostu śpiewać obsadzie słowa. Nie ma partytury, jest po prostu płaski wykres ekg. Nie do końca "bel canto". Willie Nelson napisałby lepszą muzykę. Klinghofferowie mieli  wolny dzień, tak mało dano im do śpiewania. Mam nadzieję, że wypłacono im za każdą zaśpiewaną nutę.
A propos  libretta. Wiem, że bywają dziwne, ale żeby usłyszeć coś takiego: "Chciałabym splunąć na ciebie, ale nie mam jak. Brak mi śliny i łez”?   Co!?

Historyczne wstawki i odnośniki były najbardziej interesującą częścią tego przedstawienia, choć trzeba przyznać, że zdarzyło się kilka dobrych "wypadków"- czasem trafi się ślepej kurze ziarno:
- Fantastyczny tancerz, tak jak i cały prowadzony przez niego zespół taneczny, który  zamykał Akt I. Kiedy w końcu pociągnął za spust, modliłem się, żeby koniec był blisko, ale nieee ...
-Były też dobre głosy (nie można mówić o dobrym śpiewaniu, ponieważ do tego potrzeba nut)

- Dwaj kapitanowie (kapitan statku i Palestyńczyk/terrorysta), byli godnymi siebie rywalami, ale zróżnicowane style walki byłyby bardziej autentyczne
-Jedna  statystka   naprawdę wspaniała. (Dżihadystka z kolei po prostu straszna, nieatrakcyjna.)


Musiałem iść, żeby móc powiedzieć, że widziałem ten spektakl, ale myślę, że trzeba być naprawdę inteligentnym lub równie głupim, żeby to się podobało.  Podejrzewam, że nie jestem dość dobry ani w jednym ani w drugim -nie ma problemu.

Myślę sobie o przykładowej parze, powiedzmy z Iowa,  która jest w mieście po raz pierwszy i która decyduje: "Hej, spróbujmy pójść na operę, skoro jesteśmy  w Nowym Yorku..." i trafiają na coś takiego. A niech to!
Przenieście mnie z  powrotem w przeszłość do  1926 ...

Photo: Metropolitan Opera


[1] Badabing (Bada boom) is a slang phrase which is similar to the French term "Voila"

[2] an intense fight or contest between two adversaries


[3] a person who plays at two positions, not good enough at either to be restricted to it

niedziela, 30 listopada 2014

Baron cygański - Opera Nova 29.11.2014

Inscenizacja, reżyseria i choreografia:Janina Niesobska

Scenografia i kostiumy :Maria Balcerek

Kierownictwo muzyczne:Maciej Figas

Reżyseria świateł: Bogumił Palewicz

Przygotowanie chóru: Henryk Wierzchoń

Obsada:
Saffi   Gabriela Kamińska
Czipra   Halina Fulara-Duda
Barinkay   Adam Zdunikowski
Żupan   Ryszard Smęda
Arsena   Marta Ustyniak
Ottokar   Paweł Krasulak
Homonay   Łukasz Goliński
Carnero   Jacek Greszta
Mirabella Wiesława Kończewska-Plac
Janos   Mirosław Woźniak
Pali   Jonasz Dunajski
Dyrygent: Piotr Wajrak 

To przedstawienie jest tak zrobione, że nie może się nie podobać. Jest to wielką zasługą przepięknej choreografii i doskonałej reżyserii Janiny Niesobskiej a także scenografii i kostiumów Marii Balcerek. 


Mnie zachwyczwłaszcza ogromny namiot cygański i kostiumy Cyganek, ale publiczność nagrodziła oklaskami dwór wiedeński, który ukazał się naszym oczom po odsłonięciu kurtyny przed ostatnim aktem - rozległ się szmer i ludzie zaczęli bić brawo.

Powinnam ponarzekać na solistów - ładniejsze głosy mieli, kiedy mówili (!) i lepiej wtedy było ich słychać, niż kiedy śpiewali (wyjątkiem jest Łukasz Goliński jako Homonay i w niewielkiej roli Ottokara Łukasz Krasulak) - ale jakoś narzekać mocno mi się nie chce, bo to był naprawdę miły wieczór. Dobrą jakość strony muzycznej zapewniała orkiestra pod dyrekcją Piotra Wajraka finezyjnie wykonująca kompozycję Johanna Straussa i świetny jak zawsze chór. 
No i, proszę pań, sceny baletowe w wykonaniu Cyganów koniecznie trzeba zobaczyć! Od Cyganek bierzemy ich stroje :)


Żałuję, że nie mogę wybrać się na spektakl dzisiejszy, bo z taką obsadą, jaka jest w programie (J. Moskowicz, P. Rezner, T. Szlenkier), zapowiada się świetnie ...
 

wtorek, 11 listopada 2014

Carmen - Budapeszt 9.11.2014

 
 Carmen és Don José: Gál Erika és Nyári Zoltán (fotó: Mányó Ádám)
Director: Pál Oberfrank, Choreographer: Marianna Venekei, Set Designer: László Székely, Costume Designer: Márta Pilinyi, Choir Master: Kálmán Strausz, Leader of Children's Choir: Gyöngyvér Gupcsó
Featuring
Conductor: István Dénes
Morales: András Káldi Kiss
Micaela: Gabriella  Létay Kiss
Don José: Zoltán Nyári
Zuniga: Géza Gábor
Carmen: Erika Gál
Escamillo: Mihály Kálmándi
Frasquita: Cecilia Lloyd
Mercedes: Éva Várhelyi
Remendado: Zoltán Megyesi
Dancairo: Zoltán Bátki Fazekas


Być w Budapeszcie i nie wybrać się na "Carmen", kiedy jest właśnie na afiszu, dziwne by to było...  
Grano nie w głównym budynku opery, lecz w zbudowanym na początku XX wieku Erkel Theatre. Temu przedsięwzięciu przyświecała wtedy idea, by operę uczynić dostępną masom - podobno na początku wszystkie przedstawienia wystawiano tu w języku węgierskim, nie było opłat za bilety. Nie dało się tego długo utrzymać, ale coś z tego "ploretariackiego ducha" wyczuwało się w inscenizacji Pala Oberfanka.
Tak to bywa z inscenizacjami, które reżyserzy przenoszą do współczesności, że często odpowiedniej temperatury uczuć i emocji nie udaje się im przenieść... Budapesztańska "Carmen" była "podkoszulkowa" i "sueprmarketowa". Zwykła. Nie pomagały ogromne lustra, które multiplikowały postaci i ich ruchy powodując jakiś chaos, poza tym artyści mieli przez nie bardzo mało miejsca na scenie. Reżyser wprowadził jeszcze do scen zbiorowych cheerliderki (!), więc było tłoczno. 
"Carmen" na pewno nie z tych, które zapamiętuje się na długo, ale pięknie śpiewały panie. Szczególnie podobała mi się  Gabriella  Létay Kiss jako Micaela - dla mnie najlepsza rola tego wieczoru. Erika Gál jako Carmen też bardzo dobra wokalnie, jednak  brakło mi w niej spontaniczności. 
Panowie, łącznie z dyrygentem, porządnie, tak jak umieli najlepiej, wykonali swoją robotę :)

Nie znam węgierskiego, ale i tak po polsku zaapeluję: Panie reżyserze, to nie szkolne przedstawienie, dla mas też trzeba się  postarać!

niedziela, 19 października 2014

Moralitet o skutkach złego wychowania - Rigoletto w Operze Nova w Bydgoszczy


  Leszek Skrla - Rigoletto
Reżyseria: Natalia Babińska, kierownictwo muzyczne: Maciej Figas, scenografia: Diana Marszałek, kostiumy: Martyna Kander, choreografia: Jakub Lewandowski, przygotowanie chóru: Henryk Wierzchoń, reżyseria Świateł: Maciej Igielski

Rigoletto:  Leszek Skrla
Gilda:   Krystyna Nowak
Książę   Pavlo Tolstoy
Maddalena:   Dorota Sobczak
Sparafucile   Łukasz Goliński
Monterone:   Jacek Greszta
Borsa:   Szymon Rona
Marullo   Adam Zaremba
Hrabia Ceprano:   Janusz Stolarski
Giovanna   Anna Malus
Hrabina Ceprano:   Lidia Golińska
Paź:   Anna Baran:
Herold:   Jonasz Dunajski

"Rigoletto" Natalii Babińskiej budził duże oczekiwania ze względu na dotychczasowe sukcesy przedstawień tej młodej, utalentowanej reżyserki. Premiera nie przyniosła zawodu - jest to kolejny niezwykle spójny, przemyślany w każdym detalu spektakl. Niesamowity wizualnie. Moim zdaniem to, co stworzył zespół z Dianą Marszałek na czele, to coś więcej niż scenografia  -  instalacje z niektórych scen mogłyby być pokazywane poza operą, chociaż oczywiście tutaj przede wszystkim jest ich miejsce i tu działają na wyobraźnię najlepiej. Mnie bardzo podobała się "żywa ściana", która podsłuchiwała wyznania Rigoletta w Pari siamo. Postaci ze sfery Księcia przypominały surrealistyczne zwierzo - człeko - upiory, jakby wyjęte z grafik Beksińskiego albo Starowieyskiego, zanurzone w niepokojącej, symbolicznej, różowej przestrzeni.
Niezwykła, oryginalna - chyba właśnie te słowa - klucze najlepiej określają tę produkcję.




Wspaniałą kreację stworzył Leszek Skrla w tytułowej roli tragicznego błazna. Przepiękny, poruszający głos, od początku do końca wiarygodna postać. Najlepszy Rigoletto, jakiego widziałam na scenie. To przedstawienie mówi o konsekwencjach złego wychowywania młodego pokolenia. Błazen ma przecież wpływ nie tylko na swoje własne dziecko. Oprócz Gildy, chronionej przez niego troskliwie przed zepsuciem świata,  jest także młody Książę, o którego morale nie dba wcale, a wręcz popycha go do rozwiązłości. Podobnie krzywdzi bez serca innych - córkę hrabiego Monterone bez skrupułów przeznacza na zabawkę dla władcy, wyszydza jej ojca, instrumentalnie traktuje małżeństwo Ceprano. Zbrodnią Rigoletta jest jego egoizm a karę wymierza sobie właściwie sam, gdyż Książę jest "produktem" jego pedagogiki. Oczywiście to postać, której można głęboko współczuć dzięki doskonałej interpretacji Leszka Skrli.

Anielsko zaśpiewała Gildę Krystyna Nowak. Tak sobie zawsze wyobrażałam córkę Rigoletta - uosobienie delikatności, niewinności i wdzięku. Brzmiała ta dziewczyna wczoraj nieziemsko. Już od jakiegoś czasu czekałam, kiedy zostanie jej powierzona jakaś duża partia. Myślę, że Bydgoszcz ma prawdziwą perełkę. Serce się roztapiało, kiedy śpiewała "Caro nome"; duety z Leszkiem Skrlą - Parla ... siam soli, Si, vendetta, Mia figlia wywoływały gęsią skórkę. 
 
Jedyny kłopot mam z Pavlo Tolstoyem, który wokalnie był bardzo dobry, jednak trudno mi było w nim zobaczyć Księcia dokonującego raz za razem miłosnych podbojówZabrakło mi u niego oznak próżności, także w śpiewanych ariach odrobiny "popisu". Gdyby ostatnie wysokie nuty w "La donna e mobile" mógł śpiewać ciut dłużej ...!

Błyszczeli za to w swoich rolach Łukasz Goliński jako "uczciwy" płatny morderca Sparafucile i jego seksowna siostra Maddalena - Dorota Sobczak. Równie udanie w Monterone wcielił się Jacek Greszta.

Możliwość posłuchania chóru męskiego Opera Nova to także wielki atut tego przedstawienia, podobnie jak orkiestry pod dyrekcją Macieja Figasa (mała uwaga - sekcja instrumentów dętych moim zdaniem brzmiała momentami trochę za głośno!).

Na premierze widziało się wiele znanych osób ze świata polityki, biznesu, mediów - na ogół oni także mają swoje "dwory". Ciekawe czy wezmą sobie do serca przestrogi płynące z  "Rigoletta" ... Choć oni akurat mogą sobie pewnie pomyśleć, że Książęta unikają konsekwencji swoich czynów, a odpowiedzialność spada na wynajętych Błaznów ...
 
 


niedziela, 5 października 2014

Czarodziejski flet - 3.10.2014 Opera Nova


 Photo: Opera Nova
Pamina:   Victoria Vatutina, Tamino: Pavlo Tolstoy, Sarastro:   Damian Konieczek, Królowa Nocy: Joanna Moskowicz, Papageno: Przemysław Rezner, Papagena:Magdalena Polkowska, Monostatos: Wojciech Dyngosz, I Dama   Katarzyna Nowak-Stańczyk, II Dama: Aleksandra Pliszka, III Dama: Małgorzata Ratajczak, Przemawiający: Łukasz Goliński, Zbrojny: Paweł Krasulak, Zbrojny II: Andrzej Nowakowski, dyrygent : Maciej Figas

Była niespodzianka.
Widziałam już to przedstawienie wcześniej (jesienią 2012 roku: http://operaonsofa.blogspot.com/2013/10/czarodziejski-flet-1310-2012-opera-nova.html),  w bardzo podobnej obsadzie, a w pamięci pozostała mi przede wszystkim Królowa Nocy - Joanna Moskowicz i Papageno - Przemysław Rezner. Także tym razem byli znakomici. Myślę, że Joanna Moskowicz nawet bardziej dojrzała, pewna siebie w tej roli - piękna i zła.  O zittre nicht, mein lieber Sohn i Der Hölle Rache kocht in meinem Herzen wykonała fantastycznie. Przemysław Rezner kipiał radością życia i dobrym humorem - bardzo dobry z niego aktor i śpiewak. 
Zaskoczeniem był Damian Konieczek jako Sarastro - miałam go okazję usłyszec pierwszy raz. Imponujący bas z równie imponującym wyglądem. Gdy wchodził na scenę emanował majestatem, bił od niego blask. To, że Sarastro jest atrakcyjny fizycznie przydawało nowych znaczeń operze - Król Dnia ściera się z Królową Nocy. Szkoda, że nie można znaleźc zdjęc z tego przedstawienia, bo warto byłoby te dwie postacie pokazac razem.

Trochę mniejsze wrażenie wywarli Victoria Vatutina jako Pamina (mam wrażenie, że lekko przeziębiona) i Pavlo Tolstoy - świetnie śpiewający, ale śmiertelnie serio Tamino.

Znowu trzeba mocno pochwalic cały zespół, a przede wszystkim - Trzy Damy, Trzech Chłopców, uroczą Papagenę i rzecz jasna dyrygenta Macieja Figasa, który z wyrafinowaną elegancją poprowadził orkiestrę Opera Nova.

Wśród publiczności było dużo młodzieży, która sądzę, ze była w operze pierwszy raz - byli nadzwyczaj grzeczni, cisi - mam nadzieję, że przedstawienie im się spodobało i wrócą.

(W drugim akcie publicznośc generalnie nabrała więcej śmiałości, odważniej oklaskiwała wykonawców.  Niektóre panie próbowały w przerwie i po spektaklu naśladowac koloratury Joanny Moskowicz - dobry znak!).
  Photo: Opera Nova
 Photo: Opera Nova

Damian Konieczek - trzeba zwrócic na niego uwagę!

niedziela, 21 września 2014

Halka - 20.09.2014 Opera Nova

 
 Photo: Opera Nova
Kierownictwo muzyczne: Piotr Wajrak, reżyseria: Natalia Babińska, scenografia: Diana Marszałek, Julia Skrzynecka, kostiumy: Paulina Czernek-Banecka, choreografia: Iwona Pasińska, przygotowanie chóru: Henryk Wierzchoń, projekcje multimedialne: Ewa Krasucka, reżyseria świateł: Maciej Igielski.
Obsada:
Stolnik: Leszek Skrla
Halka: Jolanta Wagner
Zofia: Darina Gapicz
Jontek: Tadeusz Szlenkier
Janusz: Łukasz Goliński
Dziemba: Jacek Greszta
Góral/Dudziarz: Szymon Rona
Goście: Paweł Krasulak,Maciej Musiał,Szymon Naborczyk,Szymon Rona

Nie mogłam sobie podarować obejrzenia "Halki" po ponad roku od jej premiery,  choć głowa i gardło nieprzyjemnie dawały znać o sobie. Pisałam o tym przedstawieniu wcześniej (http://operaonsofa.blogspot.com/2014/09/halka-stanisawa-moniuszki-w-rezyserii.html) i kiedy dzisiaj przeczytałam tekst, uświadomiłam sobie, że mogłabym go powtórzyć właściwie bez zmian.

Photo: Opera Nova
Najważniejsze, że naprawdę warto było przyjechać, ponieważ  Jolanta Wagner i Tadeusz Szlenkier po raz kolejny fantastycznie wcielili się w role Halki i Jontka. Oboje bardzo dbali o to, by nadać znaczenie każdemu śpiewanemu słowu, byli prawdziwi w tym, tak zdawałoby się archaicznym już dziś utworze. Myślę, że to bardzo duża zasługa reżyserii spektaklu. Natalia Babińska z szacunkiem podeszła do opery Moniuszki - nie burząc jego wymowy nadała mu większą zwartość. Pozwoliła przy tym przede wszystkim skoncentrować uwagę publiczności na kluczowych postaciach. Głos Jolanty Wagner piękny w dolnym i średnim rejestrze traci tę jakość i barwę, gdy śpiewa wysokie nuty,  ale nie odbiera to, moim zdaniem,  splendoru jej roli. Jest doskonałą Halką. Rozumie  postać i wkłada w nią całą siebie. Tadeusz Szlenkier jako Jontek to sama przyjemność słuchania i oglądania. Jego głos doskonale brzmi w całej skali i pięknie wypełnia  przestrzeń. Nie przerysowana, wiarygodna, a przecież trudna do zagrania rola, bo wydaje się, że o wiele prościej jest na scenie być czarnym charakterem.
Chór Opery Nova śpiewał tak, że wstrzymywało się oddech (kompletna cisza na sali). Wychodziłam z przekonaniem, że otrzymaliśmy coś naprawdę bardzo wartościowego, luksusowego wręcz. Przyczynili się do tego wszyscy wykonawcy, także niewymienieni przeze mnie - przede wszystkim oczywiście  orkiestra pod dyrekcją Piotra Wajraka, balet, cały zespół jednym słowem, którego pracę bardzo należy pochwalić, bo widać to ich wspólne zaangażowanie w przedstawienie, które daje tak dobre efekty. Publiczność to czuje i docenia - wstaliśmy z miejsc i długo biliśmy im wszystkim brawa.

 
Photo: Opera Nova

Photo: Opera Nova

wtorek, 16 września 2014

Lodowa Rusałka

Antonin Dworzak pewnie wyobrażał sobie swoją "Rusałkę" tak jak wystawił ją Otto Schenk  i jak ją wyreżyserowali czescy filmowcy Václav Kašlík albo Bohumil Zoul  - baśniowo, tak że można wybrać się na nią nawet z przedszkolakami a ich dziadkowie i babcie nie wyjdą oburzeni z sali. Jak wiemy większość współczesnych realizatorów stara się wydobyć z historii nimfy wodnej zakochanej w księciu treści, które zdecydowanie nie nadają się, by pokazywać je dzieciom. W tym roku miałam okazję oglądać "Rusałkę" w transmisjach z Metropolitan Opera i Wiener Staatsoper i jestem trochę rozdarta, bo choć w każdej  podobało mi się wiele rzeczy, to jednak także wiele bym usunęła lub zmieniła. Idealna byłaby taka, w której można byłoby wybrać pewne elementy z obu i scalić w nową jakość. O nowojorskiej "Rusałce", tej bardzo tradycyjnej, jeszcze może kiedyś napiszę, a dzisiaj garść refleksji o wiedeńskiej. 

Myślę, że reżyser Sven-Eric Bechtolf chciał nam przede wszystkim opowiedzieć o lękach młodej dziewczyny przed związkami z mężczyznami, szczególnie zaś przed ich fizyczną stroną. Rusałka wychowuje się w świecie, w którym dominującą figurą jest Wodnik (doskonały bas Gunter Groissbock) - nimfy są mu uległe.  Projekcją obaw są sceny baletowe z drugiego aktu, które jak film wyświetlają się przed oczami Rusałki - brzuchaty młodożeniec w śmiesznych kalesonach za wszelką cenę stara się skonsumować małżeństwo z opierająca się temu panną młodą. Stojące na środku łoże małżeńskie przypomina katafalk. Książę nie może sobie poradzić z rezerwą i bierną oschłością Rusałki, dlatego odchodzi z Obcą Księżną.
   
Ukraińska śpiewaczka Olga Bezsmertna, zastępująca Kristine Opolais, dała Rusałce młodość i naturalność. Być może była swoim debiutem stremowana a być może zabrakło jej jeszcze doświadczenia scenicznego, bo jej postać nikła wśród innych na scenie, zwłaszcza w pierwszym akcie. Z drugiej strony ta pewna nieśmiałość dodawała jej wiarygodności - była naprawdę wzruszająca, kiedy opuszczona przez Księcia tańczyła ze swoją ślubną, białą sukienką. Podobnie było ze stroną wokalną - śpiewała poprawnie, ale jej głos niczym specjalnie się dla mnie nie wyróżniał (czasami nawet brzmiał nieprzyjemnie ostro).

Piotrowi Beczale udało się, podobnie jak w produkcji MET, pogłębić postać Księcia, nadać mu rysy faustyczne. Książę w jego interpretacji nie jest z gruntu złym człowiekiem, poszukuje, popełnia błędy, chce je potem naprawić, odkupić swoje winy. Pięknie zaśpiewał - jest to moim zdaniem jedna z partii, w której nie ma teraz sobie równych.


Świat fantastyczny w wiedeńskiej realizacji pokazano nie dobrodusznie i nie bajkowo. Śnieg, oblodzone drzewa podkreślały jego nieprzychylność. Demoniczna Jezibaba (Janina Baechle) zabiła naprawdę Kuchcika i wspólnie z rusałkami - białowłosymi strzygami (ładne, ale śpiewem mnie nie zachwyciły) wypiły z niego krew. I to ma sens! Dzięki temu nareszcie uświadamiamy sobie grozę losu, jaki spotkał Rusałkę, bo stała się wiją, upiorem jak jej siostry. Jezibaba i Obca Księżniczka (Monika Bohinec)  są ubrane w takie same stroje, tylko w innych kolorach - wynika z tego, że Książę dał się skusić złym mocom i wpadł w zastawioną przez nie  sieć. Rusałka po pocałunku oplata go jak pajęczyca w coś w rodzaju kokonu, ale na koniec przytula się i czule dotyka, jak w pierwszej scenie ich spotkania...
Oboje głównych bohaterów łączy to, że nie pasują do swoich światów, szukają czegoś poza nimi, ale nie potrafią odnaleźć się w nowej, niebezpiecznej dla nich rzeczywistości, co kończy się dla nich tragicznie.

PS.1 Transmisje z Wiener Staatsoper wymagają naprawdę bardzo dobrego łącza internetowego!) 
PS.2 Nasze domy operowe też mogą śmiało transmitować swoje przedstawienia w świat- dyrygenci, orkiestry, śpiewacy nie muszą mieć kompleksów wobec artystów wiedeńskich :)