środa, 24 sierpnia 2016

Czekam na "Fausta"

Myślę, że nie jestem chyba ani specjalnie konserwatywnym, ani też  liberalnym odbiorcą spektakli. Może mi się spodobać inscenizacja Schenka, ale i Trelińskiego albo Czerniakowa. Niech by "Faust" był klasyczny, niech by był postmodernistyczy, byle nie pozostawiał obojętnym. Na takie przedstawienie czekam. Te, które do tej pory widziałam nie były zupełnym rozczarowaniem, ale oczarowaniem także nie.
"Faust" w Operze Wiedeńskiej - maj 2014
 
Obsada bardzo dobra: Yoncheva, Beczała, Schrott, Eröd w głównych rolach. Zaśpiewane doskonale, ale kto był na miejscu albo oglądał transmisje z Wiednia wie jak ubogie inscenizacyjnie i statyczne mogą być tam przedstawienia. Ładny i wzruszający był początek, czyli scena kiedy Faust podsumowuje swoje życie. Tutaj pusta, mroczna scena z fotelem starego doktora podkreślała jego opuszczenie. Potem skrajnie uboga scenografia mnie zaskoczyła. Jedno smutne, sztuczne drzewko na środku sceny. Stroje Fausta i Małgorzaty przypominały z daleka za dużą piżamę w przypadku jego i koszulę nocną w przypadku jej i to nie tylko w scenach w domu Małgorzaty. Nie wydaje mi się, żeby dobrze czuli się w kostiumach i scenografii. Erwin Schrott za to jako Mefistofeles w skórzanym płaszczu z czerwonym wachlarzem kradł show. 

Plusem było to, że miałam bardzo dobre miejsce - świetna akustyka i widoczność w demokratycznej cenie (Loge 12, Reihe 2, Platz 4, gdyby ktoś się wybierał), tak więc można było po prostu zanurzyć się w muzyce i pozwolić wyobraźni uzupełnić to,  czego brakowało na scenie.

Zresztą patrząc z dłuższej perspektywy było to dla mnie bardzo pouczające doświadczenie, ponieważ sporo się działo interesujących rzeczy po spektaklu i były one jakby jego przedłużeniem. Poszliśmy ze znajomymi po autografy. Może jakiś socjolog albo kulturoznawca opisze kiedyś mechanizmy pozascenicznych zachowań śpiewaków i ich fanów, "dworów" jakie się tworzą,  dwustronnego zabiegania o względy, systemu "audiencji", roli żon w zarządzaniu osobami sławnych mężów itd. Bardzo ciekawe, choć cień Mefistofela (tego prawdziwego), co skłóca a nie łączy, był tam mocno obecny. Niewesoło.
 


"Faust" w Salzburgu - sierpień 2016 (transmisja)

Salzburską inscenizację "Fausta" przygotowali Reinhard i Birgit von der Thannen. Zdawałoby się przeciwieństwo wiedeńskiego przedstawienia. Awangardowo, groteskowo, symbolicznie, mnóstwo rekwizytów, bohaterowie nieustannie zmieniali stroje, które nawiązywały do kostiumów cyrkowych.  Moje szare komórki cały czas pracowały starając się dociec sensu oglądanych obrazów. W pewnym momencie stwierdziłam, że już potrzebuję odpocząć, poszłam zrobić herbatę i słuchałam z daleka. Tak było lepiej. Nic (rien) co by mi coś mądrego o świecie i człowieku powiedziało, ale i nie było to przedstawienie skandaliczne, wulgarne. Zabawa formami plastycznymi i ruchem. Summa summarum efekt podobny do wiedeńskiego. Obejrzałam raz, ale słuchać można z przyjemnością wielokrotnie.

Faustem podobnie jak we Wiedniu był Piotr Beczała i pewnie studenci klas wokalnych w akademiach muzycznych będą analizować to wykonanie i uczyć się na nim. Elegancko, subtelnie, z pewnymi górami, a to szczególnie ważne w cavatinie "Salute! demeure chaste et pure, gdzie tak trudno o naturalne, pięknie brzmiące wysokie C. We Wiedniu wydawał się trochę zmęczony, tutaj widać było wysoką formę. 
Ubrano tego Fausta na początku w coś, co wyglądało jak dziecięce śpiochy, z łysą głową wyglądał śmiesznie. Mechaniczne kruki siedzące wokół jego fotela były świetne - dobry gadżet! Potem Faust przeżywał nieustanne metamorfozy, w każdej wizerunkiem zbliżając się do Mefistofelesa (Ildar Abdrazakov)Wreszcie w ostatniej scenie wtopił się w tłum jego pomocników - clownów/pajacyków i zniknął. 

Mefistofeles u von der Thannena to nie byt metafizyczny lecz personifikacja ciemnej strony charakteru tytułowego bohatera. Iladr Abdrazakov stworzył scenicznie ciekawą postać, głos to może pozbawiony demonicznych głębi, ale wykonanie bogate w niuanse. 

Maria Agresta przekonała mnie bardzo jako Małgorzata, choć jej sopran jest ciemniejszy od wszystkich dotąd słyszanych przeze mnie w tej roli. Prawdziwa i ma naturalny wdzięk.Wszystkie sceny z Małgorzatą, wszystkie w ogóle sceny, gdzie pokazane zostały jakieś ludzkie, uczucia, relacje między bohaterami były dla mnie najciekawsze. Nie było ich jednak zbyt wiele, a i tak wyczyściłabym je z plączących się po nich niepotrzebnie moim zdaniem pajacyków.

Rien - Nic. Taki neon pojawia się na początku i na końcu przedstawienia. Małgorzata nie jest zbawiona, bo w tym przedstawieniu nie ma Nieba ani Piekła. Reżyser pokazuje, że jest obłąkana, dlatego nie podąża za Faustem. Nie ma metafizyki, nie ma też końcowego katarsis, które jest wpisane w muzykę. Szkoda, bo zamiast "Fausta" mamy teatr absurdu w stylu "Wariata i zakonnicy" Witkacego z muzyką Gounoda.

Czekam na współczesnego "Fausta", który poruszy rozum, serce, wyobraźnię.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Gaetano Donizetti Messa da Requiem - Warszawa 19.8.2016

Vaclav Luks, soliści, Collegium 1704, Collegium Vocale
fot. Darek Golik
Chociaż do Warszawy wybraliśmy się w piątek głównie na koncert z udziałem Jana Lisieckiego w Filharmonii Narodowej,  jednak największym przeżyciem muzycznym nie tylko tego wieczoru, ale ostatnich kilku miesięcy, okazało Requiem Gaetano Donizettiego w Bazylice Świętego Krzyża.  Utwór napisał kompozytor poruszony śmiercią kolegi - Vinzenzo Belliniego. Z pasją wykonali to nieukończone, ale naprawdę wspaniałe dzieło, artyści orkiestry instrumentów dawnych Collegium 1704, chór Collegium Vocale  oraz czescy i polscy śpiewacy pod dyrekcją Vaclava Luksa. Miłośnicy opery mogli cieszyć się pięknie napisanymi partiami na głosy solowe, szczególnie męskie - mieliśmy możliwość słuchania w nich świetnych, choć mało znanych wykonawców: tenora Jaroslava Brezinę, basy Jana Martinika, Jiriego Brucklera. Towarzyszyły im głosy żeńskie najwyższej klasy - Natalia Rubiś i  Agnieszka Rehlis. 
Utwór został zarejestrowany, ukaże się na DVD. Gorąco polecam!
  
 
fot.Wojciech Grzędziński
fot. Darek Golik
 fot. Darek Golik

Chopin i jego Europa
Gaetano Donizetti
Messa da Requiem
Bazylika Świętego Krzyża
Przed sercem Chopina 

Wykonawcy:
NATALIA RUBIŚ SOPRAN
AGNIESZKA REHLIS ALT
JAROSLAV BŘEZINA TENOR
JAN MARTINÍK BAS
JIRI BRÜCKLER BAS
VÁCLAV LUKS DYRYGENT

wtorek, 12 lipca 2016

Koncert Mariusza Kwietnia i Simony Šaturovej -9.7.2016 NFM Wrocław


 

Miły początek lata. W zeszłym roku wakacje zaczęły się "Czarodziejską górą" na Malcie w Poznaniu, a w tym koncertem Mariusza Kwietnia i Simony Šaturovej. Pragram Mariusz Kwiecień ułożył na lipcowy wieczór  - Rossini, Mozart, Bellini i Donizetti - szampan i truskawki. Dużo zabawy i przyjemności dla nas, choć dla śpiewaków - oboje w bardzo dobrej formie - wymagający.

Punktem kulminacyjnym koncertu stała się dla mnie zaśpiewana fenomenalnie przez Mariusza Kwietnia aria Ah! Per sempre io ti perdei z opery "I Puritani". Simona Šaturova jest uroczą,  o wysokiej kulturze wokalnej śpiewaczką, która, jak mi się wydaje, szczególnie dobrze czuje się w repertuarze mozartowskim, dlatego w jej wykonaniu najbardziej urzekła mnie aria Deh vieni, non tardar z "Le Nozze di Figaro".

Podobały mi się bardzo duety - wszystkie.  Fantastycznie zaśpiewane i zagrane. Słychać było (i widać), że Mariusz Kwiecień i Simona Šaturová nie spotkali się na scenie pierwszy raz, rozumieją się i lubią ze sobą występować. Gdybym miała powiedzieć, który duet wzbudził mój największy entuzjazm, byłby to E il dottor non si vede  z "Don Pasquale". No i zaśpiewana na bis rozmowa Zerliny i Don Giovanniego Là ci darem la mano! Pyszne!

PS. Gabriela i Tom - dziękuję za wrocławski wieczór: )

 Photo: Gabriela Harvey
Photo: Gabriela Harvey

Wykonawcy:
José Maria Florêncio – dyrygent
Simona Houda-Šaturová– sopran
Mariusz Kwiecień – baryton
Zespół Instrumentalistów NFM
 

Program:
G. Rossini Uwertura do opery Sroka złodziejka, fragmenty z opery Cyrulik sewilski: Largo al factotum – aria, Una voce poco fa – aria, La tempesta, Dunque io son – duet
W.A. Mozart Uwertura do opery Uprowadzenie z seraju, fragmenty z opery Wesele Figara: Deh vieni, non tardar – aria, Hai gia vinta la causa… Vedro mentr’io sospiro – recytatyw i aria
***
V. Bellini Uwertura do opery Norma, Ah! Per sempre io ti perdei – aria z opery I Puritani
G. Donizetti – fragmenty z opery Łucja z Lammermooru: Regnava nel silenzio – aria, Preludio, Appressati, Lucia, Il pallor funesto, orrendo, Se tradirmi tu potrai – duety
G. Donizetti – fragmenty z opery Don Pasquale: Uwertura, E il dottor non si vede – duet

Bisy
Mariusz  Kwiecień: Champagne aria from Don Giovanni.
 Duet Là ci darem la mano, Zerlina i Don Giovanni 

piątek, 1 lipca 2016

Werter - 27.6.2016 - transmisja z ROH

 
 Photo: ROH
Jestem z tych, którzy lubiane filmy, opery mogą oglądać w kółko. Tak jest z "Werterem" w inscenizacji Banoit Jacquota i Charlesa Edwardsa - mam DVD z Jonasem Kaufmannem i Sophie Koch (jakżeby inaczej!). Nie tylko ze względu na oskarową rolę Kaufmanna lubię tego "Wertera", ale także podoba mi się oszczędna i elegancka scenografia, piękna reżyseria świateł i kostiumy. W poniedziałek nadarzyła się okazja, żeby obejrzeć tę realizację chyba sto pierwszy raz.  Mam też sentyment do transmisji z ROH, dlatego że najbardziej wciągają mnie ich wprowadzenia i wywiady z twórcami i śpiewakami.
Ta produkcja jest tak znana, że zastanawiałam się czy pisać cokolwiek, ale nie było to tuzinkowe wykonanie, dlatego parę słów o nim powiem.
Przede wszystkim jakość wykonania muzyki Masseneta przez orkiestrę pod dyrekcją Antonio Pappano była doskonała. Kiedyś zdarzyło mi się lecieć z Brukseli do Nowego Jorku ogromnym Boeingiem. Kiedy startowaliśmy i włączyły się silniki czuło się co to za moc drzemie w  maszynie i jaki geniusz techniczny unosi nas w przestrzeń. Podobne wrażenie lotu muzycznym transatlantykiem miałam w poniedziałek w Multikinie. Trzeba także pochwalić kino za bardzo dobry dźwięk.
Pierwszy i drugi akt "Wertera" bywa nieco nudnawy, ale nie tym razem dzięki dobrej obsadzie ról Bailli, Johanna, Schmidta. Udał się Davidowi Bizicowi Albert - miły, szczery, ciepły chłopak, który naprawdę kocha Charlottę. Chyba wszystkim ścisnęło się serce, gdy w drugim akcie zabrała swoją dłoń z jego dłoni ... Ślicznie zaśpiewała swoją partię Heather Engebredson - Sophie.
Trzeci i czwarty akt to już same emocje. W głównych rolach mieliśmy dwoje sławnych debiutantów  (wcześniej zdaje się wykonywali "Wertera" w wersjach koncertowych) - Joyce DiDonato i Vittorio Grigolo. Sądzę, że nie przejdą do historii jako idealni odtwórcy nieszczęśliwie zakochanego młodego poety i jego wybranki, ale były to interesujące interpretacje. Jak wypadli powiedzieć mogą reakcje kinowej publiczności. Kilka rzędów poniżej siedziała rodzina -  troje nastolatków z rodzicami. Trochę przeszkadzali, bo komentowali między sobą to co się działo na ekranie. Zwróciłam jednak uwagę, że cichli zupełnie, gdy śpiewała Joyce DiDonato, natomiast Vittorio Grigolo ich rozśmieszał. Dzieci są niezwykle wymagającymi słuchaczami. Joyce DiDonato przykuwała uwagę pięknem głosu, perfekcyjną techniką, świetnym aktorstwem, zwłaszcza w scenie czytania listów od Wertera. Klasa i mistrzostwo. Grigolo mojego rozbawienia nie wzbudzał, mam dla niego sporo sympatii. Za barwą głosu co prawda nie przepadam, ale uważam, że śpiewa dobrze (no może dosyć dobrze). Ma ekstrawertyczny temperament, którego udziela granym przez siebie postaciom i wielu osobom bardzo się podoba, co szanuję. Do tej samej kategorii hiperekspresywnych śpiewaków zaliczyłabym również M. Fabiano i R. Villazona. W moim odczuciu Grigolo wyszedł z tego przedstawienia z tarczą - chłopięcy, niecierpliwy, emocjonalny, "południowy" Werter. W tej chłopięcości leżał pewien problem - widoczna była różnica wieku między Charlottą a Werterem, co dawało szczególny aspekt ich relacji. Miałam wrażenie, że samotny chłopak szuka matczynej opieki. Sądzę, że partnerem Joyce DiDonato powinien być ktoś starszy i z drugiej strony bardziej dziewczęca Charlotta byłaby odpowiedniejsza dla włoskiego tenora.

P.S. Dla przypomnienia inni wykonawcy Wertera w paryskiej inscenizacji.
Poznajecie, drodzy Państwo?:)
 
 
Director:Benoît Jacquot
Set and lighting designer:Charles Edwards
Costume designer:Christian Gasc
Conductor:Antonio Pappano
Werther:Vittorio Grigòlo
Charlotte:Joyce DiDonato
Albert:David Bizic
Sophie:Heather Engebretson
The Bailli:Jonathan Summers
Johann:Yuriy Yurchuk
Schmidt:François Piolino
Brühlmann:Rick Zwart
Käthchen:Emily Edmonds
Concert master:Vasko Vassilev
Orchestra
Orchestra of the Royal Opera House

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Tristan i Izolda - 12.06.2016 - Teatr Wielki Opera Narodowa


Muzyka mnie pochłonęła. Utonęłam na kilka godzin. Cieszę się, że udało mi się być na "Tristanie i Izoldzie", bo nareszcie miałam okazję posłuchać Wagnera na żywo. Nagrania z reguły mnie nużyły. Znajomi podsyłali je, żebym się przekonała, ale jakoś "nie iskrzyło"... 


Inscenizacja Mariusza Trelińskiego jest, tak to widzę,  jego dalszym  mierzeniem się z problematyką światła i ciemności. Podobała mi się, choć momentami czułam się przytłoczona. Miałam wrażenie, że jestem na dalszej części "Jolanty", "Zamku Sinobrodego" - ta sama stylistyka dramaturgiczna i scenograficzna, podobna "metoda" analizy psychiki bohaterów - tym razem w centrum zainteresowania Trelińskiego jest mężczyzna - Tristan - schodzi do jego dzieciństwa, by pokazać korzenie zachowań w dorosłym życiu, samotność, tęsknotę za tym, by być kochanym. Czerń dominowała na scenie. Reżyser umieścił akcję na brytyjskim statku wojennym, poszczególne sceny rozgrywają się na jego różnych poziomach w mrocznych zakamarkach. Myślę, że w II akcie, kiedy główni bohaterowie przeżywają  chwile szczęścia, miłosnego zjednoczenia brakuje jednak jakiegoś otwarcia przestrzeni.


Melenie Diener - złotowłosa, o pięknym głosie - stworzyła mocną, namiętną postać Izoldy.  Równie dobre wrażenie wywarła Michaela Selinger w roli Brangeny. Jay Hunter Morris jest, moim zdaniem, tenorem lirycznym, który roli Tristana nie powinien śpiewać, bo jest dla niego za ciężka! Cóż, zaakceptowałam jednak takiego bardzo ludzkiego, "nienadzwyczajnego" Tristana.  Wzruszyły mnie sceny z Gorwenalem (Tómas Tómasson) w III akcie. Pewnie nie bez znaczenia było to, że siedziałam na balkonie, tuż przy scenie i widziałam bardzo dobrze śpiewaków, ich najdrobniejsze gesty, mimikę. Z panów spodobał mi się bardzo Król Marek - Reinhard Hagen i w niewielkiej roli Pasterza młody tenor Zbigniew Malak.


Izolda była kosmiczna, Tristan ziemski. Nieziemska muzyka w wykonaniu orkiestry TWON pod batutą węgierskiego dyrygenta Stefana Soltesza.




Reżyseria - Mariusz Treliński
Scenografia - Boris Kudlicka
Kostiumy - Marek Adamski
Reżyseria światła - Marc Heinz
Projekcje multimedialne - Bartek Macias

Obsada
Tristan - Jay Hunter Morris
Izolda - Melanie Diener
Gorwenal -Tómas Tómasson
Brangena -Michaela Selinger
Król Marek -Reinhard Hagen
Melot - Mateusz Zajdel
Pasterz/Młody marynarz - Zbigniew Malak
Sternik - Mikołaj Trąbka

środa, 27 kwietnia 2016

O Strasznym dworze



O, matko, moja miła (!), w ciągu sześciu miesięcy trzy razy udało mi się obejrzeć "Straszny dwór" :). Wczorajszy, łódzki, był najbardziej tradycyjny; wiele już ukazało się tekstów na jego temat, więc myślę, że nie ma potrzeby, by bardziej szczegółowo omawiać inscenizację Krystyny Jandy, która gościła w Bydgoszczy. Jest prosta, umiejscowiona w czasie po powstaniu styczniowym, kolorystyka scenografii, strojów to różne odcienie bieli, szarości i czerni - eleganckie suknie z epoki podkreślają figury i urodę pań. Panów w  powstańczych strojach z daleka nie rozróżniałam - Stefan, Zbigniew i Maciej wyglądali jak trzej bracia. Myślę, że większość  śpiewaków musiała zaakomodować się do wypełnionej po brzegi opery, bo z minuty na minutę było ich słychać coraz lepiej.
Im częściej słucham "Strasznego dworu", tym bardziej się do niego przekonuję.  Podobały mi się bardzo duety Hanny i Jadwigi (Patrycja Krzeszowska i Monika Korybalska).  Interesujący  wydał mi się zwłaszcza mezzosopran  - oryginalna barwa,  bardzo dobra emisja.
Wśród wielu pięknych momentów wieczoru największe wrażenie wywarły na mnie arie Skołuby i Stefana. Grzegorz Szostak to nareszcie Skołuba z krwi i kości! I posturą i wokalnie i aktorsko sto procent tego, czego się oczekuje od tej roli. Równie mistrzowsko zaśpiewał arię z kurantem Dominik Sutowicz - przede wszystkim bardzo naturalnie,  z  ogromną wrażliwością na słowo.
Publiczność bardzo ciepło przyjęła przedstawienie.


 OBSADA: MIECZNIK: Zenon Kowalski, HANNA: Patrycja Krzeszowska, JADWIGA: Monika Korybalska, DAMAZY: Krzysztof Marciniak, STEFAN: Dominik Sutowicz, ZBIGNIEW: Patryk Rymanowski, CZEŚNIKOWA: Bernadetta Grabias, MACIEJ: Andrzej Kostrzewski, SKOŁUBA: Grzegorz Szostak, MARTA: Dagny Konopacka, GRZEŚ: Krzysztof Dyttus, STARA NIEWISATA: Olga Maroszek, Chór, Chór Dziecięcy, Balet, Orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi oraz uczniowie Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej im. F.Parnella w Łodzi.
Dyryguje Piotr Wajrak.
Realizatorzy:
kierownictwo muzyczne: Piotr Wajrak
reżyseria: Krystyna Janda
scenografia: Magdalena Maciejewska
kostiumy: Dorota Roqueplo
choreografia: Emil Wesołowski
reżyseria efektów świetlnych: Katarzyna Łuszczyk
przygotowanie chóru: Dawid Jarząb

niedziela, 24 kwietnia 2016

Don Carlos - 23.4.2016 Opera Nova


Z drżeniem serca jechałam na  premierę "Don Carlosa"  - Verdi pracował nad swoim utworem długie lata, jest chyba aż siedem autoryzowanych wersji. Fabuła skomplikowana, mroczna, wielu reżyserów na niej poległo, więc nie wiedziałam co nas czekać będzie tym razem. Włodzimierzowi Nurkowskiemu się powiodło - gratulacje! Jego inscenizacja ma wartki przebieg i możemy zaangażować się emocjonalnie w perypetie bohaterów. Wprowadził na początku sceny retrospektywne, pokazujące jak rodziło się uczucie bardzo młodych  Elżbiety i Carlosa, jak byli wtedy bardzo szczęśliwi. Pod koniec opery te obrazy powracają znowu jako wspomnienie, kiedy zakochani rozstają się ostatecznie. Zastanawiałam się skąd inscenizatorzy zaczerpnęli plastyczne inspiracje do tych scen a także zabaw ogrodowych na dworze hiszpańskim - dużo odcieni zieloności, urocze stroje dworskie dam. W tym miejscu pochwalić trzeba scenografię Anny Sekuły. Niebo z fragmentami drzew i przesuwające się chmury nad głowami (projekcje Pawła Weremiuka) cudne!

Ze względów dramaturgicznych podobała mi się stała obecność tytułowego bohatera na scenie. Moglibyśmy w zawiłych wątkach politycznych zapomnieć o nim i sztuka miałaby położone inaczej akcenty i inną interpretację. Dlaczego Verdi nazwał swoje dzieło "Don Carlos"? Przecież równie dobrze mogłoby się nazywać "Filip" lub "Elżbieta". Nurkowski postarał się popatrzeć na wydarzenia z perspektywy Carlosa, który jest człowiekiem zepchniętym na margines, jakby "przemielonym przez koło historii", prawie nikomu niepotrzebnym.  Ma świadomość wydarzeń, ich przyczyn, ale brak mu możliwości działania, wszystkie ich próby kończą się fiaskiem. Przypomina  Wertera - podobnie jak on nie jest w stanie funkcjonować dalej w społeczeństwie po utracie ukochanej, nie ma nawet do tego sił fizycznych - dzisiaj pewnie diagnozą lekarską byłaby silna depresja. Żyje, ale jakby już umarł. Kompozytor i reżyser ujęli się za nim, wrażliwcem, przegranym życiowo "luzerem".
Nurkowski położył przede wszystkim nacisk  na aspekt psychologiczny utworu. Postaci są miotane namiętnosciami, ich relacje iskrzą, co zobaczyliśmy dzięki wykonawcom - znowu mieliśmy   świetną obsadę.  Tytułowa rola jest trudna do zagrania i niektórzy tenorzy świadomie chyba jej unikają, może dlatego, że nie ma żadnej solowej arii. Tadeuszowi Szlenkierowi udało się sprawić, że przejęłam się losami następcy tronu Hiszpanii. Czysty, liryczny tenorowy głos podkreślał niewinność Carlosa, jego dobre intencje, które przecież nie muszą być oczywiste. Można w tej roli popaść w płaczliwy sentymentalizm, albo próbować uczynić bohatera szalonym.  Don Carlos w tej interpretacji to młody mężczyzna, któremu sypią się na głowę nieszczęścia, jest zdruzgotany, ale nie budzi litości.  Rola wokalnie tworzona w duetach - stylowo i z wysoką temperaturą emocjonalną wczoraj wykonana.  Ta postać nie schodzi ze sceny - wyobrażacie sobie pokazywać różne odcienie smutku i cierpienia trzy godziny?!! Zadanie aktorskie dla śpiewaka - myślę  horror!

Foto Mak
W roli Elżbiety de Valois  dobrze było słychać walory głosu Jolanty Wagner, pięknego szczególnie w dolnym i średnim rejestrze.   Dała tej postaci mądrość, siłę i dumę.  Darinę Gapicz słyszałam do tej pory w operetkach* - przyznam, że nie byłam zachwycona, bo głos brzmiał ostro, w górach  było sporo wibrato. A tu proszę - świetna i aktorsko i wokalnie księżniczka Eboli - Darina Gapicz ma potencjał.   Stanisław Kuflyuk jako markiz Posa skradł chyba serca większości publiczności. Ukraiński baryton wie jak się poruszać na scenie i potrafi umierać (to skarb!). Bardzo dobry technicznie - głosy Posy i Carlosa bardzo dobrze ze sobą współbrzmiały.
Wojtek  Śmiłek stworzył ciekawą, wielowymiarową postać Filipa. Król, co prawda ma włosy przyprószone siwizną, ale to mężczyzna przystojny, w pełni sił, który kocha władzę, jednak pragnie także miłości Elżbiety. Można mu współczuć. Podobnie Inkwizytor - Bartłomiej Tomaka- jest groźny, ale to nie wcielone zło. Obaj panowie obdarzeni basami dużej urody. Zabłysnął też w roli Mnicha bas trzeci - Janusz Żak. 

Choć dominowały wątki psychologiczne, jednak metafizyczne, czyli ścieranie się dobra ze złem też było interesującą ukazane przede wszystkim za pomocą zabiegów inscenizatorskich. Projekcje multimedialne przedstawiały niepokojące obrazy Hieronima Boscha, których fragmenty materializowały się na scenie. Bohaterów męczyły pokusy - stwory wypełzłe z mroku. Wiele scen zapada w pamięć - np. pojawienie się Filipa w złotym stroju na tle przypominającym promienie z monstrancji, finał sceny auto da fé, kiedy wszytko, łącznie z kurtyną staje w płomieniach.

Jak to dobrze, że reżyser nie włączył się w dyskusję o aktualnej sytuacji politycznej w kraju i całe szczęście, że nie wiem co myśli np. o konflikcie wokół TK!
Z całym szacunkiem dla problemów środowiska LGBT nie w każdym przedstawieniu trzeba do nich nawiązywać, więc brak tych wątków absolutnie mi nie doskwierał!


Warto być na tym spektaklu, jeśli tylko nadarzy się do tego jakaś okazja, choćby ze względu na wspaniałą muzykę Verdiego, która zabrzmiała pięknie w wykonaniu orkiestry pod dyrekcją Piotra Wajraka. 
Mnie nadarzyła się taka sposobność jeszcze raz dziś, z czego z radością skorzystałam - to jednak być może osobna opowieść, bo druga premiera różniła się obsadą ...
PS. A tak śpiewają szwrccharaktery D.Szwarcman:) Nie ma nagrania z soboty, ale znalazłam "Rycerskość wieśniaczą" z tego roku:



24.4.2016


Parę słów o przedstawieniu niedzielnym, oglądanym w gronie osób, które pierwszy raz widziały "Don Carlosa" na scenie i w ogóle nie znały wcześniej tego utworu. Ich opinie, wypowiadane w przerwie i po zakończeniu są, jak sądzę, szczególnie ciekawe:
- piękna muzyka,
- nie można zanucić żadnego fragmentu, a chciałoby się móc to zrobić,
- jednak dobrze, że jadąc do Bydgoszczy trochę sobie poopowiadaliśmy fabułę, bo historia nie jest prosta,
- numer jeden wśród solistów: księżniczka Eboli (Ewelina Rakoca), numer dwa: Elżbieta (Karina Skrzeszewska), numer trzy: markiz Posa (Sławomir Kowalewski),
- Don Carlos (Łukasz Załęski) oględnie rzecz ujmując, hmmm..., blado wypada wśród wykonawców, 
- seledynowe kolory w scenie ogrodowej fantastyczne, tak jak suknie i kapelusze pań  (żeby takie móc nosić! ;-),
- projekcje obrazów Hieronima Boscha super, podobnie jak stwory, które z tych obrazów się rodzą,
- zakończenie pierwszej części spektaklu robi ogromne wrażenie,
- chóry: WOW!
- dama dworu/głos z nieba   Aleksandra Olczyk - anielska.

O całości: +++++
5 głosów za, nie ma przeciw, nikt się nie wstrzymał.
(Było nas słychać przy ukłonach :)
Drogie koleżanki, jeśli czegoś nie zapamiętałam, dopowiedzcie.
 
 Foto Mak
 Foto Mak
 Foto Mak
 Foto Mak
 Foto Mak
* W pierwszej wersji napisałam, że Darinę Gapicz słyszałam jako Adinę - no nie, niemożliwe, przepraszam, jakieś zaćmienie pamięci. To było w operetkach, a także jako Zofię i Jezibabę.


Obsada sobotnia:
Filip II   Wojtek Śmiłek
Don Carlos   Tadeusz Szlenkier
Rodrigo,markiz  Posa   Stanisław Kuflyuk
Wielki Inkwizytor    Bartłomiej Tomaka
Mnich    Janusz Żak
Elżbieta de Valois   Jolanta Wagner
Księżna Eboli   Darina Gapicz
Dama dworu/głos z nieba   Marta Ustyniak
Hrabia Lerma/Herold   Szymon Rona
Paź   Paweł Nowicki
dyryguje Piotr Wajrak


Reżyseria                                 – Włodzimierz Nurkowski
Kierownictwo muzyczne             – Piotr Wajrak
Scenografia                               – Anna Sekuła
Choreografia                             –  Iwona Runowska
Reżyseria świateł                      -   Maciej Igielski
Projekcje multimedialne             -   Paweł Weremiuk
Przygotowanie chóru                 -  Henryk Wierzchoń
Asystent reżysera                      -   Ryszard Smęda
Asystent choreografa                 - Anna Bebenow
Asystent dyrygenta                    - Maciej Wierzchoń