niedziela, 20 marca 2016

Un ballo in maschera - Bayerische Staatsoper 18.03.2016

 
 Photo:Bayerische Staatsoper
Johannes Erath i dyrektor Bayerische Staatsoper mogliby moim zdaniem poinformować publiczność, że wystawili przedstawienie na motywach (!) "Balu maskowego" - muzyka była faktycznie Verdiego, słyszeliśmy słowa libretta Antonio Sommy, natomiast to co widzieliśmy było pomysłem reżysera i miało pewien jedynie związek z fabułą, którą znamy.
Akcja tego utworu rozgrywa się w przestrzeni pokoju głównego bohatera. Kim jest Riccardo nie wiemy (to uważam za mankament zamysłu Eratha) - na pewno to ktoś zamożny, z wysoką pozycją społeczną, obdarzony jakąś nieokreśloną władzą. Wnętrze domu, stroje pokazują, że rzecz dzieje się w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Podczas uwertury obserwujemy jego niespokojny sen, potem budzi się przygnębiony, pojawia się obok łóżka tajemnicza, seksowna kobieca postać (Ulryka), która podaje mu rewolwer. Riccardo wkłada nabój do magazynka, jak w rosyjskiej ruletce przykłada broń do głowy i strzela. To co dzieje się później nie jest do końca  jasne. Możliwe są chyba dwa warianty interpretacji tej historii:
- albo Riccardo nie ginie, zasypia i dalej przesuwają się przed naszymi oczami sceny z jego snu; 
- albo wydaje mu się tylko, że nie ginie i to co widzimy jest projekcją jego umierającego umysłu.  Ten drugi wariant wydaje mi się bardziej prawdopodobny i bardziej logiczny ze względu na finał przedstawienia. 
Erath wykorzystał głównie wątek trójkąta miłosnego Riccarda, Amelii i Renato i jak można się domyślać uczucie do żony przyjaciela to przyczyna tego, że bohater myśli o śmierci. Zresztą motyw śmierci jest obecny stale i każda z postaci tę śmierć dla siebie albo dla innych zamyśla.
W koncepcji Eratha podobało mi się na pewno to to, że obrazy oddawały charakter, zmienność nastroju, groteskowość muzyki, jej puls. Zrobił coś w rodzaju bardzo rozwiniętego wideoklipu do dzieła Verdiego.  Zdaje się, że nawet lepiej byłoby nie znać fabuły, nie rozumieć słów, tylko słuchać i oglądać.
Obsada fantastyczna w rolach głównych i drugoplanowych. Muzykują sobie pięknie w duetach i solo Piotr Beczała (Riccardo) i Anja Harteros (Amelia). Bardzo lirycznie i subtelnie zabrzmiała scena miłosnego wyznania:  "Teco io sto...M'ami, m'ami". Zresztą we wszystkich śpiewanych przez nich fragmentach słychać było, że to mistrzowie, w każdym detalu panujący nad materią muzyczną. Ładny, "przystojny" głos posiada George Petean, który dobrze wypadł w roli może mniej tragicznego a bardziej groteskowego Renato. Sofia Fomina i Okka von der Damerau również błyszczały wokalnie w swoich partiach.
Muzycznie wspaniale (no, może tempa trochę za wolne, co szczególnie dało się odczuć w pierwszej części), pomysł inscenizacyjny interesujący, ale reżyserzy zapominają, albo nie mają świadomości, że postaci oniryczne, śnione, śniące trudniej swoimi historiami poruszają emocje widzów, bo nie wiadomo, czy w ogóle ich dramaty są "prawdziwe" czy to złudy.  Szkoda. Bardziej przeżywam, gdy widzę, że Riccardo umiera na scenie "naprawdę" a nie tylko śni, że umiera, dlatego nie mam pewności, czy ten spektakl, którego bardzo dobrze się słuchało, pozostanie na długo w pamięci i  sercach widzów...
 Photo:Bayerische Staatsoper
Na suficie widzimy przez 3 akty lustrzane odbicie pokoju Riccarda i jego postać śpiącą (umierającą?) na łóżku.  Na scenie obserwujemy co dzieje się w umyśle głównego bohatera .  


 Production:Johannes Erath
 Set:Heike Scheele
Costumes:Gesine Völlm
 Lighting concept:Joachim Klein
Dramaturgy:Malte Krasting
Chorus:Sören Eckhoff

Riccardo:Piotr Beczala
Renato:George Petean
Amelia:Anja Harteros
Ulrica:Okka von der Damerau
Oscar:Sofia Fomina
Silvano:Andrea Borghini
Samuel:Anatoly Sivko
Tom: Scott Conner
Oberster Richter / Highest court judge:Ulrich Reß
Diener Amelias / Amelia’s servant:Joshua Owen Mills

poniedziałek, 15 lutego 2016

Rycerskość wieśniacza/Pajace - 13.2.2016 - Opera Nova

Photo: Opera Nova
Sobotnie przedstawienie składało się z dwóch interesujących reżysersko realizacji a ponadto mieliśmy szczęśliwą kumulację pięknych głosów na scenie. To lubię!

Kiedy rozpoczyna się "Rycerskość wieśniacza" prawie namacalnie czujemy upał letniego dnia na Sycylii. Kamienne ściany domów oświetla mocne słońce, na ziemi leży coś co przypomina wulkaniczny pył.  Kobiety w czarnych, koronkowych sukienkach ochładzają się wodą z glinianych dzbanów.  W świąteczny wielkanocny poranek odbywa się procesja z figurą Matki Bożej i chorągwiami. Co dosyć szokuje i raczej można byłoby to powiązać z Wielkim Postem, w procesji niesiony jest ogromny krzyż z żywym Jezusem - młodym, bardzo urodziwym mężczyzną i biorą w niej udział jakieś wijące się figury przypominające biczowników (tych chwytów inscenizacyjnych nie rozumiem). "Rycerskość wieśniacza" to opera werystyczna, lecz reżyser każe bohaterom tej historii wykonywać nieco przerysowane, teatralne gesty, co kojarzy mi się ze stylistyką pierwszych, niemych filmów. Każda z postaci ma swój charakterystyczny gest - atrybut.  Powtarza go kilka razy, co daje jej dodatkową rozpoznawalność jak aktorom komedii dell arte. Tak będzie również potem w "Pajacach". Santuzzę gra Jolanta Wagner, którą bardzo cenię, bo potrafi tworzyć role pełnokrwistych, namiętnych, cierpiących kobiet. Wierzę w to co robi na scenie.  Santuzza nie czuje  się godna brać udziału w święcie, bo jest kochanką Turiddu. Jego uczucie już chyba wygasło, bo znowu spotyka się z Lolą, która miała na niego czekać, kiedy szedł do wojska. Nie czekała, wyszła za mąż za woźnicę Alfia, jednak teraz potajemnie umawia się z Turiddu. Zrozpaczona Santuzza szuka pomocy u matki ukochanego, błaga też jego, aby wrócił. To na nic, bo widzimy, że dziewczyna najwyraźniej już mu się znudziła. Tadeusz Szlenkier ma w barwie głosu ciepłe południe Włoch, tak jakby rzeczywiście był chłopakiem stamtąd, z okolic Palermo. Jego Turiddu zaplątany w mroczne związki z kobietami czuje, że źle postępuje i może podświadomie szuka radykalnego rozwiązania swoich problemów, dlatego prowokuje Alfia do walki do ostatniej krwi. Scena rozmowy syna z matką - najważniejszą jak się okazuje kobietą jego życia - bardzo poruszała.  Turiddu przeczuwa, że zginie w pojedynku i pokazuje, że w gruncie rzeczy nie jest złym człowiekiem, kocha matkę, troszczy się o Santuzzę. One dwie w finale "Rycerskości wieśniaczej" los zjednoczy w bólu po stracie kochanej osoby i znajdą nawzajem w sobie oparcie. Warto zobaczyć Małgorzatę Ratajczak w roli Mammy Lucii - ma głos o pięknym, szlachetnym brzmieniu i potrafi wykreować oszczędnymi środkami zapadającą w pamięć postać.

Santuzza
Photo: Opera Nova

 Turiddu
Photo: Opera Nova

 
 Mamma Lucia
Photo: Opera Nova

W "Pajacach", które inscenizacyjnie trochę mniej nam się podobały, mieliśmy galę świetnych wykonawców - nie było słabych punktów. Po każdej kolejnej arii następowało albo głośne albo wewnętrzne "WOW!" (nie zawsze w trakcie przedstawienia jest "przestrzeń" na oklaski).  Rozpoczął  ją introdukcją Si può?... Si può?... Signore! Signori! ... Un nido di memorie Łukasz Goliński (co za legato!). Myślę, że bardzo dobrze czuje się w tej roli, Tonio jest jakby stworzony dla niego!
Łukasz Goliński
Photo: Opera Nova
Słynna aria Vesti la giubba Tomasza Kuka ścisnęła mi serce smutkiem - to dobry znak ...
Świetnie zaśpiewali swoje partie Stanisław Kufluk (Silvio), Maciej Musiał (Arlecchino) - pierwszy raz miałam przyjemność posłuchać ich na scenie. Podobnie Agnieszka Piass  pokazała bardzo wyrazistą aktorsko i wokalnie Neddę. Naszej małej toruńskiej "paczce" spodobał się szczególnie "walentynkowy" duet Neddy i Silvia.
Ogromne brawa (już nie wiem jakich oryginalnych słów użyć, żeby się nie powtarzać w zachwytach) jak zwykle należą się chórowi Opery Nova i orkiestrze pod batutą Wojciecha Rajskiego - szczególnie w "Rycerskości wieśniaczej" pieśni śpiewane przez chór przemieszczający się w procesji wywoływały wielkie wrażenie.

"Pajace", mówiąc potocznie, były nieco "przekombinowane". Stwierdziliśmy, że reżyser zbyt dużo atrakcji chciał umieścić w poszczególnych scenach. Z naszych miejsc widać było jak niewygodnie śpiewa się Neddzie kroczącej po obracających się toaletkach - z trudem utrzymywała równowagę. Uwagę widzów, którzy powinni koncentrować się na dramacie dziejącym się w finale pomiędzy Canio, Neddą i Silvio, mocno rozpraszały wstawki komiczne. Rewelacyjny żywy kurczak (patrz poniżej)  po prostu "skradł show". Należy mu się osobna sztuka, ale w "Pajacach" jego występy należałoby nieco zredukować!
 

 Photo: Opera Nova
RYCERSKOŚĆ WIEŚNIACZA:
Santuzza   Jolanta Wagner
Turiddu   Tadeusz Szlenkier
Alfio    Bartłomiej Misiuda
Mamma Lucia   Małgorzata Ratajczak
Lola    Darina Gapicz
PAJACE:
Canio(Pagliaccio)   Tomasz Kuk
Nedda (Colombina) Agnieszka Piass
Tonio(Taddeo)   Łukasz Goliński
Silvio   Stanisław Kufluk
Beppe(Arlecchino)   Maciej Musiał
dyryguje Wojciech Rajski

Reżyseria:   Andrzej Bubień.
Scenografia i kostiumy:   Anita Bojarska.
Choreografia :  Jarosław Staniek.
Reżyseria świateł :  Artur Szyman.
Przygotowanie chóru:   Henryk Wierzchoń.
Współpraca muzyczna :  Piotr Wajrak.

wtorek, 2 lutego 2016

Oniegin - 1.02.2016 - Komische Oper Berlin

 Photo: Komische Oper

Jeśli tylko gdzieś na horyzoncie pojawia się "Oniegin" Czajkowskiego, trudno mi go ominąć. To jedna z moich ulubionych oper. "I znów Oniegin stanął na mojej drodze" powtórzę za Tatianą, tym razem w spektaklu z Berlina transmitowanym na Opera Platform. 
Przyznam, że po obejrzeniu mam mieszane uczucia. Zachwyciła mnie Asmik Grigorian - tak autentycznej, dziewczęcej, przeuroczej Tatiany jeszcze nie widziałam. Na tej postaci koncentrowało się całe przedstawienie, inni bohaterowie właściwie stanowili tło. Mocno zrosła się z tą rolą, duże to było dla niej przeżycie, co było widać kiedy śpiewacy wyszli na scenę, żeby się ukłonić. Bardzo ładnie i wokalnie i aktorsko wypadła też Karolina Gumoś w roli Olgi. Reżyser ulokował akcję w jakiejś podmiejskiej, lesistej, mocno zielonej okolicy, co sprawiło, że scenografia cieszyła oko. To są plusy, ale są i negatywy. Gdzieś to się dzieje może nawet nie w Rosji, ale w Europie Centralnej lub Wschodniej i nie w XIX wieku, a myślę, że w latach trzydziestych ubiegłego stulecia. Panowie Oniegin i Leński nie mają w sobie krzyny szlachetności i ogłady, co w przypadku Oniegina można byłoby zrozumieć, ale dlaczego grubiańsko i po prostacku zachowuje  się Leński? Nie podoba mi się to zupełnie, bo spłaszcza się w ten sposób wymowę utworu. Leński śpiewa swoją piękną arię "Kuda, kuda wy udalilis" spocony, pijany, trzymając butelkę wódki w ręku. Bardziej do tej butelki śpiewa niż do Olgi. Oniegin też przychodzi na pojedynek zalany w sztok. Nie, nie, nie! Taka wersja dla mnie odpada. "Czerniakowszczyzna" w złym wydaniu. Ani to mądre ani odkrywcze. Jeśli kiedykolwiek będę wracała do tego przedstawienia, to jedynie do scen z Tatianą, przede wszystkim zaś do pisania listu do Oniegina. 

 Photo: Komische Oper
Wykonawcy:
Günter Papendell - Yevgeniy Onegin
Asmik Grigorian - Tatyana
Karolina Gumoś - Olga
Ales Briscein - Lensky 
Christiane Oertel - Mrs Larina
Alexey Antonov - Prince Gremin
Margarita Nekrasova - Filippyevna
Yakov Strizhak - Zarezki
Christoph Späth - Triquet

Music director: Henrik Nánási
Choir director: David Cavelius
Costumes: Klaus Bruns
Choir: Chor der Komischen Oper Berlin
Sets: Rebecca Ringst
Dramaturge: Simon Berger
Lighting: Franck Evin
Director: Barrie Kosky
Orchestra: Orchester der Komischen Oper Berlin

niedziela, 17 stycznia 2016

Poławiacze pereł - 16.1.2016 MET in HD

 
Cieszę się, że na początku nowego roku dostaliśmy w prezencie od MET "Poławiaczy pereł" Bizeta. Z wywiadu w przerwie można było wywnioskować, że  duża w tym zasługa Diany Damrau, która zaproponowała wystawienie opery Peterowi Gelbowi.

Naprawdę piękny był to wieczór - dla mnie w wypełnionej po brzegi filharmonii w Łodzi - dzięki ciekawej inscenizacji i bardzo dobrym wykonawcom. No i dzięki  nieziemskiej wręcz momentami muzyce Bizeta oczywiście! Penny Woolcock nie zmieniła miejsca akcji, lecz przeniosła ją do współczesności. Nie zrezygnowała z powabów egzotyki (efektowne hinduskie stroje pań oraz Nourbanda), wykorzystała możliwości techniki, aby pokazać grozę oceanu, ale jednocześnie przybliżyła nam emocjonalnie bohaterów portretując ich tak jakby byli naszymi sąsiadami zza ściany. Uwierzyłam, że Nadira, Zurgę, Leilę łączy długa wspólna historia, że ci ludzie bardzo dobrze się znają. "Poławiacze pereł" to rzecz o przyjaźni, gwałtownych uczuciach, wierności i zdradzie.
 

Najwięcej ładunku dramatycznego ma rola Zurgi. Ale rewelacyjnie zagrał ją Mariusz Kwiecień! Scena kiedy jest sam w gabinecie i rozważa czy dobrze postąpił skazując najlepszego przyjaciela na śmierć i żałuje tego była niezwykle poruszająca. Zurga ma porywczy charakter, a jednocześnie bardzo dobre serce, jest głęboko przywiązany do Nadira, nie chce go skrzywdzić. Niełatwo się wzruszam na widowni, ale tym razem miałam łzy w oczach. Podobnie elektryzujący był duet z Leilą. Najpierw odżywające uczucie, potem zazdrość, gniew na to, że Leila oddała serce przyjacielowi, a ten nie dochował przyrzeczenia. Wspaniale Kwiecień śpiewał - głos brzmiał lirycznie, aksamitnie w pierwszej części spektaklu - wraz z Matthew Polenzanim zebrali ogromne brawa za przepiękny duet "Au fond du temple saint". W drugiej brzmienie nie straciło nic z urody, dalej podziwiać mogliśmy nienaganne frazowanie, jednak głos przybrał na sile, nasycił się dramatyzmem - taki był w scenie wewnętrznych zmagań "L'orage s'est calmé...O Nadir", w pełnej sprzecznych uczuć rozmowie z Leilą: "Je frémis, je chancelle" i tragicznym finale, kiedy ocala zakochaną parę, by samemu ponieść śmierć z rąk współplemieńców.
 

Diana Damrau bardzo podobała mi się w roli Leili. Trochę ostatnio miałam kłopot, bo to przeurocza osoba,  a jakoś nie zachwycały mnie jej sceniczne wcielenia (Violetta, Gilda, Lucia). W "Poławiaczach pereł" pokazała niezwykłą technikę, ale także ciepło, subtelność. Najbardziej trafiła mi do serca słodka aria "Me voilà seule dans la nuit". W etnicznym stroju i makijażu bardzo było jej do twarzy. Podobnie jej mąż, Nicolas Testé, w małej roli Nourbanda wyglądał  stylowo i brzmiał świetnie.

Duże gratulacje należą się zespołowi, który stworzył wizerunek sceniczny Nadira - strój, fryzurę, tatuaże. Dodało to Matthew Polenzaniemu z jednej strony trochę "drapieżności", z drugiej zaś dalej pozostał "kumplem z podwórka". Polenzani to doskonały tenor, doceniam bardzo jego profesjonalizm, jednak barwa jego głosu jest dla mnie zbyt mało wyrazista. I jest jeszcze coś - myślę, że arię  "Je crois entendre encore" trzeba zaśpiewać tak, żeby choć trochę obronić Nadira, wytłumaczyć jakie uczucie spowodowało, że zdradził przyjaciela i przekroczył tabu - poważył się kochać z kapłanką w świątyni Brahmy. Gdybym miała porównywać wykonanie Polenzaniego do tego jak śpiewał Alfredo Kraus, co za każdym razem zapiera mi dech w piersiach i gdzie mam wrażenie, że jest miłość i tęsknota porównywalna do oceanu, to u niego nie słyszę takiej głębi. Podobnie łagodnie jakby nie o otchłani i bezmiarze uczuć a o ich cichym jeziorze, śpiewał kiedyś Salwatore Licitra -  kwestia stylistyki i gustu; jasne, tak też może się podobać ...

Muzyka Bizeta ma tę właściwość, że się ją łatwo zapamiętuje i nuci - i mnie dzisiaj cały dzień "siedzi w głowie" duet Nadira i Zurgi i gdzieś się kołaczą smutne dość refleksje o tym jak trudno o wierność danemu słowu. Zurga to takie barytonowe wcielenie Leńskiego, bo stracił wszystko, na czym mu w życiu najbardziej zależało. Zurgów i Leńskich wśród nas całkiem sporo ...


Léila……………….Diana Damrau
Nadir……………….Matthew Polenzani
Zurga……………….Mariusz Kwiecień
Nourabad…………….Nicolas Testé
Dyrygent……………Gianandrea Noseda
Reżyser…………..Penny Woolcock
Scenografia…………Dick Bird
Choreografia…….Andrew Dawson

piątek, 25 grudnia 2015

Boże Narodzenie :)



"Wiersz staroświecki"

Pomódlmy się w Noc Betlejemską,
W Noc Szczęśliwego Rozwiązania,
By wszystko się nam rozplątało,
Węzły, konflikty, powikłania.
Oby się wszystkie trudne sprawy
Porozkręcały jak supełki,
Własne ambicje i urazy
Zaczęły śmieszyć jak kukiełki.
Oby w nas paskudne jędze
Pozamieniały się w owieczki,
A w oczach mądre łzy stanęły
Jak na choince barwnej świeczki.
Niech anioł podrze każdy dramat
Aż do rozdziału ostatniego,
I niech nastraszy każdy smutek,
Tak jak goryla niemądrego.
Aby wątpiący się rozpłakał
Na cud czekając w swej kolejce,
A Matka Boska - cichych, ufnych -
Na zawsze wzięła w swoje ręce.

Ks. Jan Twardowski

wtorek, 22 grudnia 2015

Straszny dwór - 20.12.2015 - Opera Bałtycka

 
 Stefan (Paweł Skałuba)  i Hanna (Aleksandra Kubas-Kruk)
Photo: Opera Bałtycka

To bardzo dobre przedstawienie.  Marek Weiss potraktował "Straszny dwór" jak skarbnicę polskich archetypów - zajrzał co nam siedzi w głowie. Smakowity kąsek dla filologa, bo sporo w tym spektaklu odniesień literackich, ale i nawiązań do znanych realizacji teatralnych, jak chociażby "Wyzwolenia" Swinarskiego. Wątki komiczne schodzą  na dalszy plan. Postacią centralną jest Stefan, wokół którego, tak jak u Malczewskiego, przewija się korowód symbolicznych postaci, znaczących dla zbiorowej świadomości.
Pierwsza część spektaklu toczy się w jego pokoju - Stefan budzi się w nim po młodopolskiej libacji, jesteśmy w Krakowie, bo za oknem słychać hejnał z wieży mariackiej. Na kanapce w negliżu śpi jakaś kobieta.  Naszego bohatera boli głowa, próbuje uprzątnąć puste butelki, pod stołem znajduje złoty róg. Wtedy zaczynają się pojawiać w jego pokoju postaci - Zbigniew, Maciej,  husarze na koniach, Cześnikowa. Stefan śni o przeszłości, ale, jak zobaczymy na końcu, także o tym co będzie. Sielankowy modrzewiowy dworek w Kalinowie z Hanną, Jadwigą, Miecznikiem, papkinowaty Damazy, swatająca wszystkich Cześnikowa, spór myśliwski Macieja i Skołuby - to znamy dobrze z Mickiwiecza i Fredry.
Druga część jest umiejscowiona na strychu, gdzie leżą jakieś stare rupiecie, w tym przewrócony zegar z kurantem. W tej scenerii, bardziej mrocznej, będziemy mieli sceny, które nastrojem przypominały mi Grotgera.  Kobiety żegnające mężczyzn wyruszających na wojnę powtarzają te same gesty:  najpierw matka Stefana bandażuje głowę męża, potem tak samo robi Hanna opatrując głowę Stefana. Zaskakujący i wzruszający jest finał - mazura tańczą roześmiani młodzi ludzie ubrani jak powstańcy warszawscy z 1944 roku. Oprócz strojów, scenografii, klimat tworzy światło - scena lania wosku przez dziewczęta jest szczególnie piękna - jakby ją malował Rembrandt.
Photo: Opera Bałtycka

Paweł Skałuba, na którym spoczywał ciężar przedstawienia, grał doskonale - żeby jeszcze tak samo śpiewał... Niestety idealnym Stefanem nie był, ponieważ słychać było spore napięcie w górnym rejestrze, głos brzmiał nazbyt ostro, krzykliwie. Już martwiłam się, że oprócz dobrego aktorstwa nie będzie go za co pochwalić, ale obronił się interpretacją arii z kurantem. Za to Zbigniew - Adam Palka to prawdziwa rewelacja - piękna barwa, doskonała emisja i dykcja. Kolejny wspaniały młody baryton na polskiej scenie! Podobnie z radością i wielką przyjemnością słuchało się Aleksandry Kubas-Kruk. Oczarowała mnie jej jasna, koloraturowa Hanna. Chcę jeszcze! Żeby posłuchać Zbigniewa i Hanny pojechałabym do Gdańska znowu. 
 Zbigniew, Cześnikowa, Stefan
Photo: Opera Bałtycka 

Również i w tym "Strasznym dworze", podobnie jak w TWON, mieliśmy atrakcyjną Cześnikową, w którą wcieliła się Katarzyna Hołysz, podobał mi się także Zbigniew Macias w roli Macieja oraz Karolina Sikora jako Jadwiga. Mikołaj Zalasiński (Miecznik), Adam Zdunikowski (Damazy) i Daniel Borowski (Skałuba) stworzyli udane postacie sceniczne, ale głosy sprawiały wrażenie zmęczonych... Mimo tych indywidualnych niedoskonałości wszystkie duety, kwartety zaśpiewane były świetnie. Zasłużony aplauz zebrała także orkiestra i jej dyrygent Tadeusz Kozłowski. Mam nadzieję, że "Opera Bałtycka" postara się nagrać choć fragmenty tego przedstawienia, a na pewno warto byłoby zarejestrować arię "Któraż to, która tej ziemi córa" Aleksandry Kubas - Kruk. 
Tym razem nastąpiło porozumienie między sceną a widownią. Spektakl mówi o patriotyzmie, co nie proste  Nie jest ani apologetyczny, ani prześmiewczy, choć zaznacza się w nim nutka ironii - nie gryzącej, tylko ciepłej - Stefana boli skacowana głowa, ale za chwilę to może być prawdziwa rana od szabli albo kuli.  Wspólne emocje - rzadkie zjawisko, a jednak możliwe...
Mazur
Photo: Opera Bałtycka
Scena finałowa
Photo: Opera Bałtycka
libretto Jan Chęciński
kierownictwo muzyczneTadeusz Kozłowski
inscenizacja i reżyseriaMarek Weiss
scenografiaHanna Szymczak
choreografiaEmil Wesołowski
światłaPiotr Miszkiewicz
przygotowanie ChóruAnna Michalak
asystenci dyrygentaJakub Kontz, Szymon Morus
asystenci reżyseraMagdalena Szlawska,
Krzysztof Rzeszutek
asystent scenografaMonika Ostrowska






 Obsada:
MiecznikMikołaj Zalasiński
HannaAleksandra Kubas-Kruk
JadwigaKarolina Sikora
DamazyAdam Zdunikowski
ZbigniewAdam Palka
StefanPaweł Skałuba
MaciejZbigniew Macias
SkołubaDaniel Borowski
CześnikowaKatarzyna Hołysz
Stara NiewiastaJoanna Wesołowska
GrześKrzysztof Rzeszutek

niedziela, 13 grudnia 2015

Rigoletto - Teatr Wielki Opera Narodowa - 12.12.2015


Photo: TWON

Gdybym miała określić jednym słowem wczorajszy spektakl "Rigoletta" w Teatrze Narodowym powiedziałabym, że był luksusowy. Po pierwszym akcie było wiadomo, że nie musimy się denerwować o przebieg, bo mamy do czynienia z profesjonalistami  - możemy się zrelaksować i po prostu zanurzyć w świat opery. Bezpiecznie można zaprosić na to przedstawienie osoby, które jeszcze nigdy nie miały z tym rodzajem sztuki kontaktu. Tak jak dzieci lubią słuchać bajek ciągle od nowa i nie nudzi się im, a wręcz podoba, że Czerwony Kapturek idzie do Babci z koszyczkiem i jest za każdym razem zjedzony przez wilka a nie odwrotnie, tak i ja, muszę to przyznać, wolę raczej niezmodernizowane operowe inscenizacje. Warszawski "Rigoletto" ma scenografię w stylu włoskim, z pysznymi dekoracjami i kostiumami. Na dodatek Książę (Rafał Bartmiński) jest przystojny i władczy, Gilda (Aleksandra Kurzak) piękna i niewinna, Magdalena (Anna Bernacka) niebezpiecznie seksowna, Sparafucile mroczny i groźny a Rigoletto - budzi współczucie - czyli wszyscy znajdują się na swoim miejscu w opowieści, którą znamy. I co najważniejsze historia ta opowiedziana nam została pięknymi głosami. Zgodnie stwierdziliśmy w gronie znajomych, że największe wrażenie wywarli na nas Książę i Gilda. Szczególnie pozytywnie zaskoczył mnie Rafał Bartmiński - ależ wspaniale jego głos wypełniał przestrzeń! Śpiewał tak, jakby ta rola nie sprawiała mu żadnego trudu. Może trochę  brakowało mi niuansów, zróżnicowania uczuciowego w "Ella mi fu rapita!"  i  przydałaby się odrobina więcej seksapilu w "La donna e mobile", ale jego Książę był zdecydowanie imponujący. Finezji nie brakowało Aleksandrze Kurzak, która choć, jak dowiedzieliśmy się później,  zmagała się z chorobą córeczki i własną, była wspaniałą Gildą. Może rzeczywiście dało się to trochę słyszeć na początku, że momentami głos nie ma pełni blasku, ale potem rozśpiewała się i olśniła publiczność zwłaszcza w arii "Caro nome". Z widzianych ostatnio na scenie (na żywo) wykonawców roli książęcego błazna bardziej poruszył mnie Leszek Skrla, jednak Mikołaj Zalasiński to także bardzo dobry, solidny Rigoletto.  Lubię Annę Bernacką - szkoda, że rola Magdaleny jest taka krótka. Bardzo także podobał mi się Sparafucile  Piotra Nowackiego.
Carlo Montanaro po mistrzowsku poprowadził orkiestrę i chór TWON wydobywając wszytko co najlepsze z tego zespołu. Jaka to przyjemność posłuchać Verdiego w takim wykonaniu. Brawo dla wszystkich! 
Bohaterowie wieczoru - Książę, Gilada, Rigoletto, Maddalena ++
Źródło zdjęcia: Aleksandra Kurzak FB
Książę Mantui: Rafał Bartmiński
Rigoletto: Mikołaj Zalasiński
Gilda: Aleksandra Kurzak
Maddalena: Anna Bernacka
Sparafucile: Piotr Nowacki 

Dyrygent: Carlo Montanaro
Reżyseria: Gilberto Deflo
Scenografia: Ezio Frigerio
Kostiumy:  Franca Squarciapino