niedziela, 17 stycznia 2016

Poławiacze pereł - 16.1.2016 MET in HD

 
Cieszę się, że na początku nowego roku dostaliśmy w prezencie od MET "Poławiaczy pereł" Bizeta. Z wywiadu w przerwie można było wywnioskować, że  duża w tym zasługa Diany Damrau, która zaproponowała wystawienie opery Peterowi Gelbowi.

Naprawdę piękny był to wieczór - dla mnie w wypełnionej po brzegi filharmonii w Łodzi - dzięki ciekawej inscenizacji i bardzo dobrym wykonawcom. No i dzięki  nieziemskiej wręcz momentami muzyce Bizeta oczywiście! Penny Woolcock nie zmieniła miejsca akcji, lecz przeniosła ją do współczesności. Nie zrezygnowała z powabów egzotyki (efektowne hinduskie stroje pań oraz Nourbanda), wykorzystała możliwości techniki, aby pokazać grozę oceanu, ale jednocześnie przybliżyła nam emocjonalnie bohaterów portretując ich tak jakby byli naszymi sąsiadami zza ściany. Uwierzyłam, że Nadira, Zurgę, Leilę łączy długa wspólna historia, że ci ludzie bardzo dobrze się znają. "Poławiacze pereł" to rzecz o przyjaźni, gwałtownych uczuciach, wierności i zdradzie.
 

Najwięcej ładunku dramatycznego ma rola Zurgi. Ale rewelacyjnie zagrał ją Mariusz Kwiecień! Scena kiedy jest sam w gabinecie i rozważa czy dobrze postąpił skazując najlepszego przyjaciela na śmierć i żałuje tego była niezwykle poruszająca. Zurga ma porywczy charakter, a jednocześnie bardzo dobre serce, jest głęboko przywiązany do Nadira, nie chce go skrzywdzić. Niełatwo się wzruszam na widowni, ale tym razem miałam łzy w oczach. Podobnie elektryzujący był duet z Leilą. Najpierw odżywające uczucie, potem zazdrość, gniew na to, że Leila oddała serce przyjacielowi, a ten nie dochował przyrzeczenia. Wspaniale Kwiecień śpiewał - głos brzmiał lirycznie, aksamitnie w pierwszej części spektaklu - wraz z Matthew Polenzanim zebrali ogromne brawa za przepiękny duet "Au fond du temple saint". W drugiej brzmienie nie straciło nic z urody, dalej podziwiać mogliśmy nienaganne frazowanie, jednak głos przybrał na sile, nasycił się dramatyzmem - taki był w scenie wewnętrznych zmagań "L'orage s'est calmé...O Nadir", w pełnej sprzecznych uczuć rozmowie z Leilą: "Je frémis, je chancelle" i tragicznym finale, kiedy ocala zakochaną parę, by samemu ponieść śmierć z rąk współplemieńców.
 

Diana Damrau bardzo podobała mi się w roli Leili. Trochę ostatnio miałam kłopot, bo to przeurocza osoba,  a jakoś nie zachwycały mnie jej sceniczne wcielenia (Violetta, Gilda, Lucia). W "Poławiaczach pereł" pokazała niezwykłą technikę, ale także ciepło, subtelność. Najbardziej trafiła mi do serca słodka aria "Me voilà seule dans la nuit". W etnicznym stroju i makijażu bardzo było jej do twarzy. Podobnie jej mąż, Nicolas Testé, w małej roli Nourbanda wyglądał  stylowo i brzmiał świetnie.

Duże gratulacje należą się zespołowi, który stworzył wizerunek sceniczny Nadira - strój, fryzurę, tatuaże. Dodało to Matthew Polenzaniemu z jednej strony trochę "drapieżności", z drugiej zaś dalej pozostał "kumplem z podwórka". Polenzani to doskonały tenor, doceniam bardzo jego profesjonalizm, jednak barwa jego głosu jest dla mnie zbyt mało wyrazista. I jest jeszcze coś - myślę, że arię  "Je crois entendre encore" trzeba zaśpiewać tak, żeby choć trochę obronić Nadira, wytłumaczyć jakie uczucie spowodowało, że zdradził przyjaciela i przekroczył tabu - poważył się kochać z kapłanką w świątyni Brahmy. Gdybym miała porównywać wykonanie Polenzaniego do tego jak śpiewał Alfredo Kraus, co za każdym razem zapiera mi dech w piersiach i gdzie mam wrażenie, że jest miłość i tęsknota porównywalna do oceanu, to u niego nie słyszę takiej głębi. Podobnie łagodnie jakby nie o otchłani i bezmiarze uczuć a o ich cichym jeziorze, śpiewał kiedyś Salwatore Licitra -  kwestia stylistyki i gustu; jasne, tak też może się podobać ...

Muzyka Bizeta ma tę właściwość, że się ją łatwo zapamiętuje i nuci - i mnie dzisiaj cały dzień "siedzi w głowie" duet Nadira i Zurgi i gdzieś się kołaczą smutne dość refleksje o tym jak trudno o wierność danemu słowu. Zurga to takie barytonowe wcielenie Leńskiego, bo stracił wszystko, na czym mu w życiu najbardziej zależało. Zurgów i Leńskich wśród nas całkiem sporo ...


Léila……………….Diana Damrau
Nadir……………….Matthew Polenzani
Zurga……………….Mariusz Kwiecień
Nourabad…………….Nicolas Testé
Dyrygent……………Gianandrea Noseda
Reżyser…………..Penny Woolcock
Scenografia…………Dick Bird
Choreografia…….Andrew Dawson

piątek, 25 grudnia 2015

Boże Narodzenie :)



"Wiersz staroświecki"

Pomódlmy się w Noc Betlejemską,
W Noc Szczęśliwego Rozwiązania,
By wszystko się nam rozplątało,
Węzły, konflikty, powikłania.
Oby się wszystkie trudne sprawy
Porozkręcały jak supełki,
Własne ambicje i urazy
Zaczęły śmieszyć jak kukiełki.
Oby w nas paskudne jędze
Pozamieniały się w owieczki,
A w oczach mądre łzy stanęły
Jak na choince barwnej świeczki.
Niech anioł podrze każdy dramat
Aż do rozdziału ostatniego,
I niech nastraszy każdy smutek,
Tak jak goryla niemądrego.
Aby wątpiący się rozpłakał
Na cud czekając w swej kolejce,
A Matka Boska - cichych, ufnych -
Na zawsze wzięła w swoje ręce.

Ks. Jan Twardowski

wtorek, 22 grudnia 2015

Straszny dwór - 20.12.2015 - Opera Bałtycka

 
 Stefan (Paweł Skałuba)  i Hanna (Aleksandra Kubas-Kruk)
Photo: Opera Bałtycka

To bardzo dobre przedstawienie.  Marek Weiss potraktował "Straszny dwór" jak skarbnicę polskich archetypów - zajrzał co nam siedzi w głowie. Smakowity kąsek dla filologa, bo sporo w tym spektaklu odniesień literackich, ale i nawiązań do znanych realizacji teatralnych, jak chociażby "Wyzwolenia" Swinarskiego. Wątki komiczne schodzą  na dalszy plan. Postacią centralną jest Stefan, wokół którego, tak jak u Malczewskiego, przewija się korowód symbolicznych postaci, znaczących dla zbiorowej świadomości.
Pierwsza część spektaklu toczy się w jego pokoju - Stefan budzi się w nim po młodopolskiej libacji, jesteśmy w Krakowie, bo za oknem słychać hejnał z wieży mariackiej. Na kanapce w negliżu śpi jakaś kobieta.  Naszego bohatera boli głowa, próbuje uprzątnąć puste butelki, pod stołem znajduje złoty róg. Wtedy zaczynają się pojawiać w jego pokoju postaci - Zbigniew, Maciej,  husarze na koniach, Cześnikowa. Stefan śni o przeszłości, ale, jak zobaczymy na końcu, także o tym co będzie. Sielankowy modrzewiowy dworek w Kalinowie z Hanną, Jadwigą, Miecznikiem, papkinowaty Damazy, swatająca wszystkich Cześnikowa, spór myśliwski Macieja i Skołuby - to znamy dobrze z Mickiwiecza i Fredry.
Druga część jest umiejscowiona na strychu, gdzie leżą jakieś stare rupiecie, w tym przewrócony zegar z kurantem. W tej scenerii, bardziej mrocznej, będziemy mieli sceny, które nastrojem przypominały mi Grotgera.  Kobiety żegnające mężczyzn wyruszających na wojnę powtarzają te same gesty:  najpierw matka Stefana bandażuje głowę męża, potem tak samo robi Hanna opatrując głowę Stefana. Zaskakujący i wzruszający jest finał - mazura tańczą roześmiani młodzi ludzie ubrani jak powstańcy warszawscy z 1944 roku. Oprócz strojów, scenografii, klimat tworzy światło - scena lania wosku przez dziewczęta jest szczególnie piękna - jakby ją malował Rembrandt.
Photo: Opera Bałtycka

Paweł Skałuba, na którym spoczywał ciężar przedstawienia, grał doskonale - żeby jeszcze tak samo śpiewał... Niestety idealnym Stefanem nie był, ponieważ słychać było spore napięcie w górnym rejestrze, głos brzmiał nazbyt ostro, krzykliwie. Już martwiłam się, że oprócz dobrego aktorstwa nie będzie go za co pochwalić, ale obronił się interpretacją arii z kurantem. Za to Zbigniew - Adam Palka to prawdziwa rewelacja - piękna barwa, doskonała emisja i dykcja. Kolejny wspaniały młody baryton na polskiej scenie! Podobnie z radością i wielką przyjemnością słuchało się Aleksandry Kubas-Kruk. Oczarowała mnie jej jasna, koloraturowa Hanna. Chcę jeszcze! Żeby posłuchać Zbigniewa i Hanny pojechałabym do Gdańska znowu. 
 Zbigniew, Cześnikowa, Stefan
Photo: Opera Bałtycka 

Również i w tym "Strasznym dworze", podobnie jak w TWON, mieliśmy atrakcyjną Cześnikową, w którą wcieliła się Katarzyna Hołysz, podobał mi się także Zbigniew Macias w roli Macieja oraz Karolina Sikora jako Jadwiga. Mikołaj Zalasiński (Miecznik), Adam Zdunikowski (Damazy) i Daniel Borowski (Skałuba) stworzyli udane postacie sceniczne, ale głosy sprawiały wrażenie zmęczonych... Mimo tych indywidualnych niedoskonałości wszystkie duety, kwartety zaśpiewane były świetnie. Zasłużony aplauz zebrała także orkiestra i jej dyrygent Tadeusz Kozłowski. Mam nadzieję, że "Opera Bałtycka" postara się nagrać choć fragmenty tego przedstawienia, a na pewno warto byłoby zarejestrować arię "Któraż to, która tej ziemi córa" Aleksandry Kubas - Kruk. 
Tym razem nastąpiło porozumienie między sceną a widownią. Spektakl mówi o patriotyzmie, co nie proste  Nie jest ani apologetyczny, ani prześmiewczy, choć zaznacza się w nim nutka ironii - nie gryzącej, tylko ciepłej - Stefana boli skacowana głowa, ale za chwilę to może być prawdziwa rana od szabli albo kuli.  Wspólne emocje - rzadkie zjawisko, a jednak możliwe...
Mazur
Photo: Opera Bałtycka
Scena finałowa
Photo: Opera Bałtycka
libretto Jan Chęciński
kierownictwo muzyczneTadeusz Kozłowski
inscenizacja i reżyseriaMarek Weiss
scenografiaHanna Szymczak
choreografiaEmil Wesołowski
światłaPiotr Miszkiewicz
przygotowanie ChóruAnna Michalak
asystenci dyrygentaJakub Kontz, Szymon Morus
asystenci reżyseraMagdalena Szlawska,
Krzysztof Rzeszutek
asystent scenografaMonika Ostrowska






 Obsada:
MiecznikMikołaj Zalasiński
HannaAleksandra Kubas-Kruk
JadwigaKarolina Sikora
DamazyAdam Zdunikowski
ZbigniewAdam Palka
StefanPaweł Skałuba
MaciejZbigniew Macias
SkołubaDaniel Borowski
CześnikowaKatarzyna Hołysz
Stara NiewiastaJoanna Wesołowska
GrześKrzysztof Rzeszutek

niedziela, 13 grudnia 2015

Rigoletto - Teatr Wielki Opera Narodowa - 12.12.2015


Photo: TWON

Gdybym miała określić jednym słowem wczorajszy spektakl "Rigoletta" w Teatrze Narodowym powiedziałabym, że był luksusowy. Po pierwszym akcie było wiadomo, że nie musimy się denerwować o przebieg, bo mamy do czynienia z profesjonalistami  - możemy się zrelaksować i po prostu zanurzyć w świat opery. Bezpiecznie można zaprosić na to przedstawienie osoby, które jeszcze nigdy nie miały z tym rodzajem sztuki kontaktu. Tak jak dzieci lubią słuchać bajek ciągle od nowa i nie nudzi się im, a wręcz podoba, że Czerwony Kapturek idzie do Babci z koszyczkiem i jest za każdym razem zjedzony przez wilka a nie odwrotnie, tak i ja, muszę to przyznać, wolę raczej niezmodernizowane operowe inscenizacje. Warszawski "Rigoletto" ma scenografię w stylu włoskim, z pysznymi dekoracjami i kostiumami. Na dodatek Książę (Rafał Bartmiński) jest przystojny i władczy, Gilda (Aleksandra Kurzak) piękna i niewinna, Magdalena (Anna Bernacka) niebezpiecznie seksowna, Sparafucile mroczny i groźny a Rigoletto - budzi współczucie - czyli wszyscy znajdują się na swoim miejscu w opowieści, którą znamy. I co najważniejsze historia ta opowiedziana nam została pięknymi głosami. Zgodnie stwierdziliśmy w gronie znajomych, że największe wrażenie wywarli na nas Książę i Gilda. Szczególnie pozytywnie zaskoczył mnie Rafał Bartmiński - ależ wspaniale jego głos wypełniał przestrzeń! Śpiewał tak, jakby ta rola nie sprawiała mu żadnego trudu. Może trochę  brakowało mi niuansów, zróżnicowania uczuciowego w "Ella mi fu rapita!"  i  przydałaby się odrobina więcej seksapilu w "La donna e mobile", ale jego Książę był zdecydowanie imponujący. Finezji nie brakowało Aleksandrze Kurzak, która choć, jak dowiedzieliśmy się później,  zmagała się z chorobą córeczki i własną, była wspaniałą Gildą. Może rzeczywiście dało się to trochę słyszeć na początku, że momentami głos nie ma pełni blasku, ale potem rozśpiewała się i olśniła publiczność zwłaszcza w arii "Caro nome". Z widzianych ostatnio na scenie (na żywo) wykonawców roli książęcego błazna bardziej poruszył mnie Leszek Skrla, jednak Mikołaj Zalasiński to także bardzo dobry, solidny Rigoletto.  Lubię Annę Bernacką - szkoda, że rola Magdaleny jest taka krótka. Bardzo także podobał mi się Sparafucile  Piotra Nowackiego.
Carlo Montanaro po mistrzowsku poprowadził orkiestrę i chór TWON wydobywając wszytko co najlepsze z tego zespołu. Jaka to przyjemność posłuchać Verdiego w takim wykonaniu. Brawo dla wszystkich! 
Bohaterowie wieczoru - Książę, Gilada, Rigoletto, Maddalena ++
Źródło zdjęcia: Aleksandra Kurzak FB
Książę Mantui: Rafał Bartmiński
Rigoletto: Mikołaj Zalasiński
Gilda: Aleksandra Kurzak
Maddalena: Anna Bernacka
Sparafucile: Piotr Nowacki 

Dyrygent: Carlo Montanaro
Reżyseria: Gilberto Deflo
Scenografia: Ezio Frigerio
Kostiumy:  Franca Squarciapino

piątek, 20 listopada 2015

Straszny dwór - TWON - transmisja 19.11.2015

Kupiłam "Straszny dwór" Davida Pountneya. No może prawie w całości kupiłam - zareklamowałbym i oddała do wymiany reżyserowi finałowe sceny -  kabaretowy mazur w kibicowsko - folkowo - rokokowych strojach nie przypadł mi do gustu, wycięłabym też całą sekwencję kłótni o dzika, bo niewiele wnosi do przedstawienia.
Oglądałam kilka przygotowywanych przez Pountneya spektakli, w tym między innymi "Simpliciusa" sfilmowanego w Zurichu, czy wystawiony tam "Bal maskowy" i wiem, że lubi bawić się w teatr w teatrze. Postacie są często traktowane przez niego jak kukiełki, nie mają pogłębionej psychologii. Uwielbia groteskowe wyolbrzymienia i przejaskrawienia. Ten "Straszny dwór" też był grą z konwencjami, mnóstwo znaleźć można  w nim odwołań do sztuki malarskiej. Szczególnie podobały mi się żywe obrazy nawiązujące do Francois Bouchera i Joseph-Marie Viena. 
Moim zdaniem niekoniecznie należy uwspółcześniać Moniuszkę, ale tak już wiele było "Strasznych dworów" w kontuszach, że raz na jakiś czas warto pobawić się formą i spróbować poeksperymentować w inscenizacjach. Wybaczcie kochani wielbiciele kompozytora, ale nie uważam tego utworu za arcydzieło i nie traktuję go w związku z tym być może ze szczególną atencją (arcydzieła chyba wystawiać prościej). Śliczne są za to poszczególne arie a scenografia Leslie Traversa dała im bardzo dobrą oprawę.

Spektakl w całości można zobaczyć na dwóch platformach - zapisy różnią się jakością dźwięku i obrazu (może to jednak kwestia mojego sprzętu).

Ciekawe dla mnie było rozpoczęcie przedstawienia od pokazania "Bitwy warszawskiej" Kossaka. Na pierwszym planie, po lewej stronie, znajduje się tam kobieta z karabinem. Hanna śpiewając swoją arię Do grobu trwać w bezżennym stanie!... Któraż to która, tej ziemi córa też trzyma taką broń.


Pountney zrobił spektakl o bojowych, pięknych, bystrych Polkach i nieco naiwnych, lecz o dobrym sercu, przedstawicielach trochę brzydszej części mieszkańców dorzecza Wisły, którym wbrew postanowieniu nie udaje się pozostać singlami. 
We mnie też czasami wstępuje duch waleczny i dlatego wyzwałabym na pałasze albo na pistolety każdego, kto twierdzi, że "młodzież" źle tu śpiewa. Bardzo dobrze słuchało mi się Jadwigi, Hanny, Zbigniewa i Stefana - piękne głosy, dużo serca i artyzmu włożyli w swoje kluczowe arie.
 
 "Starsi" - Miecznik i Skołuba - pokazali klasę.
No i możemy cieszyć się z naprawdę wspaniałej Cześnikowej! Kradnie ta niewiasta show.

 O Macieja i Damazego kruszyć kopii nie będę ...


Na marginesie - tak by mi się marzyło czytać dobre, pogłębione recenzje krytyków muzycznych. A w ich tekstach zamiast analiz marudzenie, za przeproszeniem o "pierdołach", upust frustracji politycznych itp. Jak się narzeka na jakość wykonania, jakość kształcenia w szkołach, samemu też trzeba wziąć się do roboty i o jakość swojej pracy dbać a nie komentować cudzą w stylu: "coś tam było nie tak, ale nie wiem co". Ja bym się chciała dowiedzieć od fachowca konkretnie co, a tym bardziej byłoby to z korzyścią dla wykonawców.

Edyta Piasecka - Hanna
Elzbieta Wróblewska - Jadwiga
Tadeusz Szlenkier - Stefan
Rafal Siwek - Zbigniew
Adam Kruszewski - Miecznik
Ryszard Minkiewicz - Damazy
Aleksander Teliga - Skołuba
Anna Borucka - Cześnikowa
Zbigniew Macias - Maciej
Wanda Franek - Staruszka
Joanna Motulewicz - Marta
Damian Wilma - Grześ
Dyrygent: Andriy Yurkevych
Kostiumy: Marie-Jeanne Lecca
Choreografia: Emil Wesolowski
Scenografia: Leslie Travers
Lighting: Fabrice Kebour
Reżyseria: David Pountney

środa, 18 listopada 2015

Król Roger - Opera Krakowska - 17.11.2015



Opera Krakowska jest kameralnym miejscem i taki też charakter ma nowa produkcja „Króla Rogera” Michała Znanieckiego.  Dużą zaletą takiej przestrzeni jest bliski kontakt widowni ze sceną – doskonale widać grę aktorską, która była  świetna.
Dla tych, którym nie udało się dotrzeć na spektakl, a niestety chyba nie będziemy mogli zobaczyć zapisu, najpierw trochę  o tym, co mogliśmy zobaczyć na scenie:


W pierwszym akcie obserwujemy rodzinę przy stole – żonę we współczesnej  sukience, męża  w garniturze czytającego gazetę, ich kilkuletniego synka. Piją herbatę podawaną przez służących i to jedynie może świadczyć o ich wyższym statusie społecznym, lecz insygnia królewskie są tu nieobecne. Roksana (Katarzyna Oleś – Blacha) próbuje nawiązać kontakt z Rogerem (Mariusz Kwiecień), jednak on  zatopiony w lekturze właściwie mało zwraca na nią uwagę. Ma natomiast bliski kontakt z dzieckiem, przytula je, coś mu opowiada.  Początkowo też  ignoruje skargi chóru – vox populi na  Pasterza - wichrzyciela (Pavlo Tolstoy), a nawet gdy ten zjawia się osobiście – w białej koszuli, modnych półbutach i czapce  - też jakby mało go to obchodzi. Ściany pokoju, w którym siedzi rodzina otoczone kamiennymi tablicami, na których świecą  teksty ze Świętych Ksiąg różnych religii. Pasterz, gdy zostaje przyprowadzony przez wrogi dla niego chór wcale nie wydaje się przestraszony ani zdeprymowany. Bada ściany,  pod jego dotknięciem teksty blakną, a w końcu nikną. Nieproszony zasiada przy stole, pije herbatę. Wyraźnie cieszy to Roxanę, która nareszcie ma towarzystwo. Arią „Mój Bóg jest piękny jako ja”  Pasterz opisuje siebie. W końcu udaje mu się przyciągnąć uwagę Rogera, który choć niezadowolony, zaczyna poddawać się jego wpływowi. Przyglądają się sobie intensywnie, zachodzi jakieś  magnetyczne oddziaływanie.  Niespodziewanie Roger całuje Pasterza w usta. Chór woła „Zgroza, zgroza!” -  jest też oburzony tym, że zamiast skazać Pasterza na śmierć, Roger zaprasza go wieczorem na sąd. Przerażona jest również obserwująca  wszystko  Roksana, która odpycha męża, gdy ten chyba sam zdumiony i zaskoczony tym, co zrobił, próbuje ją objąć. 
*
 
 
 Photo: Opera Krakowska
Drugi akt rozgrywa się w gabinecie Rogera. Na środku  stoją obite czerwoną skórą fotele i kanapa. Wokół na postumentach ustawiono popiersia mędrców. Roger niezwykle zdenerwowany czeka na Pasterza. Taka ogarnia go panika, że nie może znaleźć dla siebie miejsca, nawet komicznie chowa się za fotel, zza którego musi go wyciągać Edrisi, żeby jego szef się nie skompromitował. Słyszymy Roksanę śpiewającą „Uśnijcie krwawe sny króla Rogera” i obserwujemy jak jej mąż zmaga się z sobą, targają nim ogromne emocje. Jej samej nie widzimy, natomiast pojawia się jej tańcząca w krwiście czerwonej sukience kopia. Gdy zjawia się Pasterz ze zdumieniem możemy dostrzec, że jest ubrany identycznie jak Roger, a gdy zaczynają rozmawiać gość imituje gesty gospodarza, tak jakby chciał się nim stać,  żeby ten nie mógł go od siebie odróżnić. W końcu obejmuje Rogera, ściąga z palca i wyrzuca jego ślubną obrączkę.  W tle tańczą kobiety podobne do Roksany, staje się ich coraz więcej. Roger próbuje się bronić, nie chce słyszeć, ani widzieć tego, co się dzieje wokół. W końcu zrywa po kolei peruki tańczących kobiet i okazuje się, że to mężczyźni udający kobiety Przestrzeń pogrąża się w chaosie, Pasterz  rozbija posągi mędrców, wzywa wszystkich, aby za nim poszli. Roksana to czyni i razem z tłumem podąża gdzieś w ciemność. Na scenie pozostają Edrisi i  Roger, który mocno przyciska do piersi synka.  Ale i on, mimo tego, ze dziecko bardzo chce go zatrzymać odchodzi ze słowami: „Pielgrzymem stał się król”. Mały chłopiec zostaje sam i chowa się za fotel tak jak wcześniej jego ojciec.
 *

 Photo: Opera Krakowska
W ostatniej, post-apokaliptycznej części wszystko pokrywa sypiący się z góry piach.  Wyłaniają się z niego szczątki mebli, jakieś zwały materii. Na ogrodowych krzesłach siedzą starzy, chorzy Edrisi i Roger (chyba niewidomy). Dołącza do nich Roksana w hippisowskim stroju i jacyś mężczyźni, których trudno z daleka i w panującym półmroku odróżnić od Edrisiego i Rogera. Roger próbuje rozpoznać Pasterza - jego głos skądś do nas dochodzi,  ale on sam się ukrywa. Mocno wzburzony Roger zdziera maski mężczyznom, ale nie ma wśród nich poszukiwanego. Jeden z nich zadaje mu cios. Roger umiera.  Edrisi i Roksana okrywają jego ciało czarną płachtą. Potem scena rozświetla się nagle a zwrócony do nas twarzą Roger śpiewa ekstatyczny hymn.  Widzimy to, czego  Roger doświadcza po śmierci - w tle przesuwają się obrazy prawdopodobnie z jego  życia. Wśród nich  jest  pojawiająca się kilka razy twarz małego, uśmiechniętego chłopca. Słyszymy ostatnie zdanie – klamrę utworu: „Przejrzyste wyrwę serce, Słońcu w ofierze dam”.
Photo: Opera Krakowska
 *
Publiczność wybierająca się na „Króla Rogera” może spodziewać się czasami kontrowersyjnych pomysłów inscenizacyjnych. Ja miałam nadzieję, że może nawet jeśli produkcja będzie dla mnie szokująca, będę mogła cieszyć się muzyką Szymanowskiego w bardzo dobrym wykonaniu. Było lepiej niż się spodziewałam. Koncepcję inscenizacyjną uważam za udaną – logiczną, spójną, skłaniającą do refleksji. Warstwa muzyczna nie zawiodła! Bardzo podobało mi się subtelne prowadzenie orkiestry przez Łukasza Borowicza. Można było rozsmakować się barwą poszczególnych instrumentów.  Przyznam też, że zdarzało się, że zapominałam o muzyce, tak jak czasami dzieje się to podczas projekcji filmu, ponieważ pochłaniało mnie to, co działo się na scenie. Reżyser skupił naszą uwagę na zmaganiach Rogera z Pasterzem, który jest w istocie jego  alter ego – uosabia  część osobowości ulegającą kultowi przyjemności, pozwalającą sobie na łamanie zasad.  Mariusz Kwiecień i Pavlo Tolstoy stworzyli niezwykle ciekawe aktorsko postacie i byli dla siebie równorzędnymi partnerami. Myślę, że ten spektakl można byłoby nazwać „Król Roger – Pasterz”.  Wzrost, sylwetki, ubiór pomagały wrażeniu, że intruz „zawłaszcza” osobowość króla.  Roger to jakby druga skóra Mariusza Kwietnia i wokalnie i aktorsko po prostu nim jest, dlatego trudno nawet analizować poszczególne elementy tej roli. Zapamiętam z Krakowa na pewno wzruszające sceny z synkiem, pokazany znakomicie niepokój i wewnętrzne zmagania z  drugiego aktu i  mocne zakończenie – hymn Rogera.  Pasterz Pavlo Tolstoya był równie pełnokrwisty – pewny siebie, zuchwały wręcz – i tak też tenor śpiewał swoją partię: czystym, mocnym głosem, pewnie.  To niezwykle trudna partia, mało kto z nią sobie radzi.
Michał Znaniecki usunął Roksanę w cień, dlatego Katarzyna Oleś – Blacha nie miała możliwości stworzenia wielowymiarowej roli – była bardziej figurą żony. Barwa głosu, jego nasycenie sprawiły, że dałam się uwieść jej wykonaniu. Podobnie podobał mi się Edrisi  Adama Sobierajskiego – to także ważna partia i przekonująco zagrana i zaśpiewana.
Postać dziecka, o którym libretto nie wspomina, ale którego istnienie było przecież bardzo prawdopodobne dodaje emocji. Chyba nie jako pierwszy Michał Znaniecki wprowadził je do „Króla Rogera” - dla mnie było novum.
Dobre, mocne przedstawienie, daje nowe spojrzenie na utwór Szymanowskiego i Iwaszkiewicza.
Photo: Opera Krakowska
Reżyseria i kostiumy: Michał Znaniecki
Kierownictwo muzyczne: Łukasz Borowicz
Scenografia: Luigi Scoglio
Choreografia: Diana Theocharidis
Przygotowanie chóru: Zygmunt Magiera
Przygotowanie chóru dziecięcego: Marek Kluza
Reżyseria światła: Bogumił Palewicz

Obsada:
Roger | Mariusz Kwiecień,
Roksana | Katarzyna Oleś-Blacha,
Pasterz | Pavlo Tolstoy,
Edrisi | Adam Sobierajski
Arcykapłan | Przemysław Firek,
Diakonisa | Marta Abako,

poniedziałek, 2 listopada 2015

Don Giovanni - 1.11.2015 Wiener Staatsoper

 
Zainwestowałam w transmisję on - line "Don Giovanniego" z Wiener Staatsoper, ponieważ chciałam znowu zobaczyć w tej roli Mariusza Kwietnia. Bardzo lubię tembr jego głosu, podziwiam nienaganną technikę, zawsze jest interesujący na scenie - słuchać go i oglądać to prawdziwy luksus. Tak było i tym razem. Wiedeńska inscenizacja jednak nie porywała. Przesunęłam czas przekazu na godzinę 22.00, bo 1 listopada wcześniej nie miałam możliwości oglądania opery, i kiedy na scenie nie było Mariusza Kwietnia zaczynało robić się bardzo sennie. Mój organizm reagował jeszcze ożywieniem kiedy pojawiali się Zerlina - Andrea Caroll i Masetto - Jongmin Park. Pięknie śpiewali i coś na deskach Wiener Staatsoper nareszcie zaczynało iskrzyć. Wspaniały sopran Marina Rebeka, elegancki tenor Benjamin Bruns, a nawet niestandardowy bas Erwin Schrott nie byli w stanie tchnąć wystarczająco dużo życia w postacie ciemnej i statycznej produkcji J.L. Martinotiego. Jak to się stało, że partię Elviry powierzono w Operze Wiedeńskiej Juliane Banse brzmiącej ostro, niestabilnie to dla mnie wielka zagadka... Być może miała jakiś gorszy dzień, ale jeśli w jednej z głównych ról słychać śpiewaczkę z takimi problemami, zaczyna się myśleć czy ten Wiedeń nie jest jednak trochę przereklamowany...
Na razie słucham wcześniejszych nagrań "Don Giovanniego" z Mariuszem Kwietniem, a jest do czego wracać!