poniedziałek, 19 czerwca 2017

Gość na Sofie: Drusilla, Flet odczarowany

"Czarodziejski flet" Teatr Wielki w Poznaniu, 13.06.2017 


Foto: B.Barczyk
Mozart niewątpliwie należy do kompozytorów, który zadowoli zarówno konesera, jak i całkiem początkującego melomana. Jeśli miałabym polecać jakieś tytuły osobie, która dopiero rozpoczyna swą przygodę z operą, to z pewnością znalazłyby się wśród nich dzieła tego kompozytora. Szkoda zatem, że najnowsza realizacja ‘Czarodziejskiego fletu’, która miała premierę w Poznaniu 10 czerwca, nie jest inscenizacją, którą z czystym sumieniem mogłabym rekomendować nowicjuszom. Piotr Kamiński w jednym z wywiadów przytacza słowa Aleksandra Bardiniego: „jedyną osobą, która powinna obchodzić artystę, jest widz, który po raz pierwszy w życiu przyszedł do teatru, do opery, na koncert.”
Reżyser Sjaron Minailo z niezrozumiałych dla mnie powodów zdecydował się na wycięcie wszystkich dialogów mówionych, chociaż są one dla przebiegu akcji bardzo istotne. Widz, dla którego to pierwszy kontakt z ‘Czarodziejskim fletem’ może mieć problemy ze zrozumieniem o co chodzi. Zamiast dialogów mamy czytany fragmentami list pisany do Paminy przez jej zmarłego ojca. Tekst autorstwa dramaturga Krystiana Lady nie wnosi nic istotnego – może poza rzuceniem światła na genezę konfliktu Królowej Nocy i Sarastra – a dodatkowo literacko nie jest najwyższych lotów. Czyta go Jerzy Radziwiłowicz, którego bardzo lubię i cenię, ale mimo to te wstawki bardzo mnie irytowały. Reżyser nie ma też za bardzo pomysłu na pokazanie poszczególnych postaci i interakcji między nimi, co sprawia, że większość wypada blado i nieprzekonująco. Na scenie co rusz wnosi się i wynosi krzesła, a chórzyści pojawiają się w całkiem niespodziewanych momentach i trudno wyczuć, jaką mają pełnić rolę. Co prawda w wywiadzie z Minailo zamieszczonym w programie jego koncepcja wydaje się mieć ręce i nogi, mam jednak wrażenie, że nie potrafił przenieść jej na język sceniczny.  
Foto: B.Barczyk
Nie mogę jednak powiedzieć, że w tym spektaklu nie ma żadnych pozytywów.  Ciekawe są kostiumy, zaprojektowane przez samego reżysera – szczególnie podobały mi się suknie trzech Dam. Scenografia (Douwe Hibma) w sumie też się broni swoją prostotą i symbolizmem. W tle widać ogromną, obracającą się turbinę, którą można interpretować jako niezależny od jednostki mechanizm sterujący światem (choć na to wpadłam dopiero po przeczytaniu wspomnianego wywiadu z reżyserem). Na scenie pojawia się też symboliczne słońce – świetlisty krąg władzy Sarastra i księżyc, który zapewne ma obrazować kobiecą naturę, o której często w libertcie jest mowa (zazwyczaj niepochlebnie, ale to temat na osobny tekst). Są więc momenty, kiedy scena od strony plastycznej może się podobać.
Foto: B.Barczyk
Na szczęście aspekt muzyczny spektaklu przynosi znacznie więcej pozytywnych wrażeń, niż teatralny. Widziałam trzecie z kolei przedstawienie, z obsadą bardzo podobną do premierowej. I jest to obsada bardzo wyrównana, bez znacząco słabych punktów. Piękną kreację stworzyła Roma Jakubowska-Handke jako Pamina, świetna muzycznie i przekonująca aktorsko. Spodobał mi się też głos Aleksandry Olczyk w roli Królowej Nocy: w koronnej arii „Der Hölle Rache” zaprezentowała dużą kontrolę wokalną i jednocześnie nie wypadła z roli kobiety ogarniętej żądzą zemsty. Świetnym Papagenem był Jaromir Trafankowski, którego talent komiczny dobrze się tu sprawdził. Tamino - Paweł Brożek ma bardzo przyjemny glos, ale wypadł mniej przekonująco, choć trzeba przyznać, że reżyser za bardzo mu nie pomógł w tworzeniu tej roli. Trochę zastrzeżeń mam do Szymona Kobylińskiego, który wcielił się w Sarastra – brakowało głębi w dolnych rejestrach. To młody bas i chyba za wcześnie dostał tę rolę. Zdecydowanie wolałabym tu dojrzalszy głos.
Żałowałam, że w rolach trzech chłopców nie usłyszałam członków chóru dziecięcego, którzy wystąpili na premierze. Lubię, gdy te partie wykonują rzeczywiście dzieci, a na moim przedstawieniu zastąpiły ich dwie panie i kontratenor (Katarzyna Jabłońska, Marcelina Górska i Tomasz Raczkiewicz). Muszę jednak przyznać, że spisali się bardzo dobrze i brzmieli całkiem chłopięco.  Podobnie jak znakomite trzy Damy – Ilona Krzywicka, Magdalena Wilczyńska-Goś i Olga Maroszek. Tradycyjne pochwały należą się doskonałemu chórowi poznańskiej opery, natomiast  Gabriel Chmura prowadził orkiestrę momentami nieco za wolno i przyciężko
Drusilla

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz